reklama

Na innych łamach

"Gość Niedzielny" nr 32

Największa bolączką polskiego sądownictwa jest przewlekłość postępowań. Niestety, propozycje reform, jakie przedstawił obóz rządzący, tego problemu nie rozwiązują – uważa Bogumił Łoziński w "Sądach dla obywateli".

Prawnicy podają różne sposoby, żeby go rozwiązać. "Prof. Zoll proponuje na przykład, aby przed wyznaczeniem pierwszego terminu rozprawy sędzia przewodniczący wezwał strony, aby uzgodniły daty kolejnych. – Dzięki temu to strony byłyby zobowiązane do doprowadzenia swoich świadków, co zapobiegłoby odraczaniu spraw z powodu ich nieobecności – wyjaśnia. Radykalniejsze rozwiązanie ma mec. Wąsowski, który postuluje wprowadzenie wymogów terminowych nie tylko dla stron postępowania, jak jest obecnie, ale także dla sądów. – Sąd musi być motywowany prawnie do tego, aby sprawę rozpoznać jak najszybciej, w określonym terminie, a jeśli tego nie zrobi, powinna spotkać go sankcja – uważa mecenas. Poważniejszą zmianę proponuje prof. Piotr Kruszyński. Według niego należy uprościć postępowania w drobnych sprawach. Zwraca on uwagę, że obecnie procedura dotycząca kradzieży roweru jest podobna do procedury w sprawie zabójstwa. Jego zdaniem dobrym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie instytucji sędziów pokoju, którzy rozpatrywaliby sprawy o wykroczenia i drobne przestępstwa. Takie rozwiązanie funkcjonuje w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy Belgii. Skąd braliby się sędziowie pokoju? – Powinni być wybierani przez obywateli razem z wyborami do samorządu terytorialnego, spośród absolwentów prawa. Następnie powoływałby ich prezydent na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa – proponuje." Kontrowersyjne bywają też decyzje sędziów. Ci nie wykazują się niekiedy ciekawością intelektualną. Mają przy tym braki warsztatowe. W identycznych bowiem sprawach w różnych rejonach kraju zapadają inne wyroki. Gdyby odbywały się specjalne sesje na temat orzecznictwa, nie byłoby tych różnic. Obóz rządzący jednak skupił się na naprawie sądownictwa poprzez wymianę sędziów. Złe kadry rzeczywiście należy wymieniać. Pracowników weryfikować nie powinna jednak władza wykonawcza. Nic dziwnego, że opozycja krytykuje takie rozwiązanie. Bo to zamach na niezależność sądownictwa. "Z kolei zasada losowego przydzielania spraw, choć ma słabości – bo np. odbiera możliwość kierowania ich do sędziów specjalizujących się w danym zagadnieniu, może jednak służyć większemu obiektywizmowi w orzekaniu." Czy prezydent w ciągu dwóch miesięcy – jak zapowiadał - przygotuje nowe propozycje reformy sadownictwa? Wielu ma nadzieję, że nie skupi się wyłącznie na kwestiach personalnych. Potrzeba jest wszak systemowych rozwiązań.

"Newsweek" nr 34

O Międzymorzu, nowym nacjonalizmie i swoistym rasizmie, jakim elity darzą prowincjuszy w klapkach, podkoszulku, z piwskiem – mówi Jackowi Tomczukowi reporter i prozaik Ziemowit Szczerek. "Wszyscy jesteśmy Januszami" (tytuł wywiadu) – przekonuje dziennikarza.

W latach 90. europeizacja oznaczała odrzucenie wszystkiego, co na dole – disco polo, Janusze... Elity nie rozumiały, że nie wszystkim może się to podobać. Każdego, kto nie był z nimi, spychano ... do ciemnogrodu. Tak jakby nie dało się pogodzić polskości i europejskości. Ludzie poczuli się skolonizowani. "I to się też odbija na naszym stosunku do samych siebie. /.../ Nacjonaliści każą Polakom Polskę kochać bezwarunkowo, bojąc się spojrzeć w lustro, pootwierać szafy ze szkieletami./.../ Z kolei wielu z tych, którzy tych trupów wywlekać się nie boją, ma wrażenie, że żyje w ciężko chorym kraju. Bo dookoła są Janusze, którymi pogardzają /.../. Apelujemy o tolerancję dla gejów, czarnych, emigrantów, a nie potrafimy zaakceptować Januszów wśród nas." Amerykanie polubili własnych prowincjuszy. W Polsce traktuje się ich jako powód do wstydu. Tymczasem kompleksy mają całe narody. Im mniejszy kraj, tym większe ambicje. Macedończycy zamiast łatać drogi, szukają potomków Aleksandra. Rumuni twierdzą, że pochodzą od Rzymian. Węgrzy mają być potomkami stepowych jeźdźców, ale przed uchodźcami bronią się bardziej niż reszta Europy. Na tym tle Polska manifestuje swój krzyk o byciu niezależnym. Zapominając, że leży na przecięciu Wschodu i Zachodu, zawsze, więc od kogoś zależy. Z tego krzyku wynika nowy nacjonalizm, blisko związany z nazistowską ideologią. To słowacki faszysta Marian Kotleba, grecki Złoty Świt, włoska Forza Nuowa czy niemiecka NPD. "Czujemy się rolowani przez ten Zachód, bo przecież tyle naobiecywał, 25 lat minęło i tu nadal nic. Łączy nas poczucie, że Zachód chce nas skolonizować, zamienić w armię niewolników, odebrać narodową wolność. I że Soros to szatan, który służy tej sprawie./.../ Łączy nas jeszcze wielki ruch wstawania z kolan, bunt peryferii przeciw centrum i przeciw obecnemu porządkowi." Dwadzieścia lat wystarczyło, żeby pozostała "demokratyczna skorupa, w której gnieżdżą się Orbany, Kaczyńskie, Putiny." Na hasłach wymiany elit do władzy doszli Kaczyński i Trump, tyle że i tu, i tam, to żadne elity. Blisko ludzi to one mogą być najwyżej w Norwegii, gdzie do premiera mówi się "cześć".

"Polityka" nr 33

Sieciowe życie młodych w artykule "Dzieci w sieci" opisuje Joanna Cieśla.

Dzisiejsi gimnazjaliści pierwszy raz skorzystali z Internetu jako nastolatki. Z badań wynika, że obecnie 30 proc. dzieci rocznych i dwuletnich codziennie używa smartfona, tabletu lub przenośnej konsoli. Dlaczego tak wcześnie i dlaczego sieć jest ważniejsza niż leżenie na plaży, jazda na rolkach czy kino? Nie z powodu gier komputerowych. To serwisy społecznościowe są światem współczesnych młodych. Dziewczyny najczęściej robią autoprezentacje. Chłopcy je zresztą gonią. To jedna z wyraźniejszych współczesnych zmian – "Skupienie, nieraz nadmierne, na męskim pięknie. Niejedna ścianka nastolatka składa się z samych selfie z dziubkiem." Kiedyś w środkach komunikacji czytało się gazety. Do obiadu włączało telewizor. "Zainteresowanie informacjami, pociąg do ruchomych obrazków był w nas zawsze. Podobnie jak trudność z prowadzeniem bezpośredniej rozmowy. Zmieniło się tylko medium i urządzenie używane, by sobie z tym radzić /.../". Stale dostępny telefon pomaga skutecznie unikać kontaktów. Co z tego, że w USA ubyło nastolatków uzależnionych od narkotyków i alkoholu, jeśli przełączyli się na urządzenia mobilne. "Człowiek w gimnazjum lub szkole średniej przegląda się w ludziach jak w lustrze/.../. Reakcje innych pomagają zbudować poczucie tożsamości, własnej wartości – są potrzebne do tej konstrukcji, dorosłym też, ale już nigdy aż tak bardzo." Trzy czwarte nastolatków udostępnia na profilach swoje zdjęcia w myśl hasła: "Nie chcesz mnie kochać, musisz mnie podziwiać." Za ten podziw płacą bardzo wygórowaną cenę. Co trzeci nastolatek przyznaje, że był ofiarą słownej agresji w Internecie. W porównaniu z badaniami sprzed 10 lat, to o połowę więcej. Ponad 70 proc. zna kogoś, kto był w sieci ośmieszany i poniżany. Ba, niewiele mniej – kogoś, kto był w sieci straszony i szantażowany! Eksperci wręcz mówią o uzależnieniu od sieci młodego pokolenia! Niestety, rodzice to bagatelizują. A przynajmniej mogliby pytać. "Dlaczego ten youtuber, a nie inny? Dlaczego Snapchat, a nie Facebook? Co robisz? Co ci to daje? W jakiego bohatera się wcielasz? Jak się z tym czujesz? Czy odreagowujesz stres ze szkoły? Jeśli tak, to szukajmy innych sposobów radzenia sobie ze stresem, bądźmy w tym razem. Czy czujesz się samotna, online łatwiej ci do kogoś zagadać? OK, pomyślmy, co możemy z tym zrobić? Paradoks polega na tym, że jednocześnie w tzw. realnym świecie dzieci kontrolowane są dziś bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Rodzic zawsze wie, gdzie są, nieustannie je zawozi, odbiera i przewozi – i sam czuje się tak bezpieczniej." A że pozwala nawet małym dzieciom korzystać z urządzeń mobilnych? Może wtedy zająć się swoimi sprawami. Tyle, że część tych spraw to również obsługa Facebooka. Szkoła również nie zachęca do krytycznego korzystania z sieci. Najrzadziej sięga się do Internetu na lekcjach z przedmiotów ścisłych, nawet na lekcjach informatyki ... Pewnie, że wpływ sieci niekoniecznie musi być zły. Trzeba jednak dać dzieciom "mapę, by odróżniał grząskie wąwozy od bezpiecznej przestrzeni, z której można wiele dobrego wziąć. I żeby umiał wyjść, na stałe się nie przeprowadzał."

"Wysokie Obcasy" nr 26

Irmela Mensah – Schramm, niemiecka aktywistka, którą Urszula Jabłońska nazwała "Obywatelką czyścicielką" (tytuł rozmowy), nosi w torbie flamastry, spray, zmywacz do paznokci i skrobaczkę do kuchenek. Tym najlepiej jej się usuwa rasistowskie naklejki. Kilka razy w tygodniu wyprawia się do Berlina i Poczdamu.

"Zabieram torbę ze swoimi narzędziami. Jest na niej napis: "Kto mówi o powodzi uchodźców, ten ma nie po kolei w głowie." Wcześniej miałam torbę z napisem "Razem przeciwko prawicowym populistom". Najwięcej naklejek znajduje na przystankach, stacjach, metra, latarniach. Nie brakuje też graffiti na murach. Ponieważ zamazuje napisy pisane językiem nienawiści od lat, zauważyła, jak zmienia się ich treść. Kiedyś było ogólnie: "Obcokrajowcy muszą wyjechać". Dziś jest bezpośrednio: "Ci, którzy podszywają się pod uchodźców, muszą wyjechać". Choć umieszczanie naklejek jest niezgodne z prawem, przestrzeń publiczną zalewają. "Nienawiść rodzi nienawiść, nie można pozwolić na jej przejawy, zwłaszcza w miejscach publicznych /.../ Oczywiście, że zrywanie naklejek nie wystarczy. Trzeba zacząć od samego początku, czyli od wychowania. Jest po niemiecku takie powiedzenie, że człowiek nie rodzi się rasistą, tylko nim się staje. Jeżeli dzieci od najmłodszych lat wzrastałyby w towarzystwie rówieśników z innych ras i kultur, ryzyko przemocy wobec "tych innych" byłoby zminimalizowane. Tolerancja wśród ludzi, którzy wychowują się w homogenicznym społeczeństwie nie jest wykształcona. Nie ma wobec kogo być tolerancyjnym, skoro wszyscy są tacy sami." Niemiecka aktywistka łatwo nie ma. Częściej jest hejtowana niż rozumiana. Ba, zdarzają się jej sprawy sądowe. Usłyszała podczas jednej z rozpraw, że skoro nosi torbę z konkretnym przesłaniem, musi się liczyć z agresywną reakcją ludzi. Za zamalowanie hasła "Merkel musi zniknąć" wymierzono jej karę finansową w zawieszeniu. "Najgorsze dla mnie jest to, że taka wiadomość idzie w świat – w Rosji, USA, Tajlandii mówi się o tym, że osoby, które zamalowują neonazistowskie napisy, są w Niemczech karane. Jednak wcale nie zamierzam przestawać."

"Przegląd" nr 28

Dziś królem polskiego – politycznego – katolicyzmu i polskiego Kościoła nie jest już nawet ojciec Rydzyk. Nie są biskupi. Jest Kaczyński – nie ma wątpliwości filozof i teolog Jarosław Makowski, z którym rozmawiał w wywiadzie zatytułowanym "Anty ewangelia Jarosława K." Robert Walenciak.

"W sensie instytucjonalnym to wciąż jeden i ten sam Kościół. Ta sama instytucja. Spajająca ludzi za pomocą rytuałów, kultu, modlitwy, liturgii. To duch. Tu się rozstrzyga, co jest autentycznym chrześcijaństwem, a co nie jest. I świadectwo. A jeśli tak, to w Polsce chrześcijaństwo jest martwe. Jest trupem. Bezrobotni uciekinierzy, w tym dzieci i kobiety, stali się lustrem, w którym przejrzał się polski katolik, i zobaczył swoją nienawistną twarz. Twarz, która krzyczy – bij ciapatego!" Człowieka o ciemniejszej karnacji skóry, mówiącego w obcym języku. Jarosław Kaczyński pierwszy zrozumiał, że swojej wizji nie zrealizuje, jeśli nie dokona operacji na duszy Polaka. No i powiedział społeczeństwu, że może być autentyczne, takie, jakie chce. Wcale nie europejskie, tolerancyjne i antysemickie. Przeciwnie – niech Polacy nie kryją się z ksenofobią i rasizmem. "Kaczyński gra uchodźcami na dwa fronty. Na wewnętrznym mobilizuje elektorat. Na zewnętrznym chce uzyskać legitymację do tego, by wyprowadzić Polskę z Unii. /.../ Udało mu się coś, co wydawało się niewyobrażalne – zmienił się stosunek Polaków do Unii. /.../ Przecież w Polsce nie ma żadnego uchodźcy, nikt tu nie przyjechał. A jak się otwiera gazety, ma się wrażenie, że zjechały ich tysiące. Ten uchodźca pisowski jest sklejony z ich wszystkich lęków. Nawet, jeżeli jest dzieckiem, to w plecaku na pewno ma bombę. Jak chłopiec – to będzie gwałcił nasze kobiety. Jak dziewczynka – będzie podpalać nasze kościoły. Kiedyś to był Żyd, dziś jest to muzułmanin. A Kościół zamiast oswajać, tłumaczyć w imię uniwersalizmu, który wypływa z Ewangelii, zazwyczaj milczy. A duża część księży klaszcze ..." Narodziła się anty ewangelia. Mamy do czynienia ze sprofanowaną wiarą, mającą służyć praktycznym celom - mobilizowaniu elektoratu.

"Nie" nr 28

Rząd zablokował pieniądze, które Unia Europejska dała Polsce na tworzenie nowych miejsc pracy oraz wsparcie tych, którzy chcą samodzielnie podjąć działalność gospodarczą – alarmuje Mateusz Cieślak w tekście "Potworki zamiast solarium".

Środki mają być bowiem przeznaczone na wsparcie kobiet, które zdecydują się na urodzenie zdeformowanych, kalekich i nieuleczalnie chorych dzieci. Do pośredniaków w całym kraju rozesłano pokrętnie zredagowane pismo. Jego treść dyrektorzy mieli zachować w tajemnicy. A że pup – ów jest w Polsce 380 oraz 16 wojewódzkich, w końcu musiało się wydać. Poinformowano mianowicie pracowników, że 1 lipca br. uchylono rozporządzenie, na mocy, którego przyznawano unijne środki na aktywizację osób bezrobotnych. Równie bezceremonialnie potraktowano potencjalne spółdzielnie socjalne. Wszystko zadziało się w kontekście programu "Za życiem". Tu autor zacytował stosowny fragment pisma. W tym samym czasie lekarze zrzeszeni w Porozumieniu Pracodawców Ochrony Zdrowa zaapelowali o modyfikację właśnie programu "Za życiem", który tak naprawdę nie ma pomagać dzieciom i ich rodzinom, lecz ma służyć ideologii. O czym zresztą bez ogródek mówił publicznie Jarosław Kaczyński. Wyraził nadzieję, że już wkrótce żadna kobieta w Polsce nie dokona aborcji z przyczyn eugenicznych. Od stycznia br., zatem w zamian za rodzenie niepełnosprawnych dzieci, państwo udziela finansowej gratyfikacji. "Barbarzyństwa temu programowi przydaje jeszcze i to, że za rodzenie dzieci, które być może będą skazane na cierpienie i ból, państwo płaci 4 tys. zł. /.../ Program promocji rodzenia zdeformowanych potworków funkcjonuje już siódmy miesiąc. Dlaczego teraz właśnie rząd zablokował pieniądze dla bezrobotnych i będzie chciał ich użyć do finansowania programu "Za życiem"? Istnieją dwie możliwości. Jedna jest taka, że rządowi już brakuje na wszystko i gorączkowo szuka oszczędności. Druga, że PiS szykuje się do całkowitego zakazu aborcji. Jasne, więc, że nieuleczalnie chorych noworodków przybędzie."

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ