reklama

Mniej niż średnia?

Mimochodem

 

Kilkoro starachowickich znajomych z niecierpliwością wyczekuje 1 października br., kiedy to będą mogli zacząć nowy etap życia, dzięki ustawie o skróceniu wieku emerytalnego.

Już wiosną złożyli w firmie stosowne oświadczenia. 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn to – ich zdaniem - optymalny czas na zasłużony odpoczynek. Akurat te parę osób pracuje tylko w jednej instytucji, a takich w kraju są tysiące. Kilkusettysięczna emerycka armia zatem się lekko uzbiera. Nawet jeśli część zechciałaby kontynuować zatrudnienie, licząc na obiecaną finansową gratyfikację za np. dwa lata w przypadku zmiany społecznego statusu wedle poprzednich ustawowych zapisów. Bo – co tu dużo gadać – dłuższy staż zawodowy to przede wszystkim oszczędność dla budżetu państwa, z pewnością też większe świadczenie w przyszłości, lecz nie tak znów wiele wyższe. Dla wielu osób obecnie odchodzących na emerytury, a pracujących od matury czy po studiach, to zazwyczaj wysokość obecnych zarobków. Nic albo niewiele mniej, po co więc się dalej trudzić wstając każdego ranka na dźwięk dzwonka budzika!

Te kilkaset tysięcy potencjalnych emerytów, których wnioski przyjdzie rozpatrzyć po 1 października br., zapowiada urzędnikom ZUS ogrom pracy. I pomyśleć, że jeszcze niedawno nic by mnie to nie obeszło. Przeczytałam jednak ( "Duży Format" nr 27 ), że zusowcom przyjdzie przy tym siedzieć po godzinach i to za friko. A przecież i tak koksów nie zarabiają.

Patrząc swego czasu na nowo oddawane siedziby ZUS, ociekające bogatym wykończeniem, pewnie podobnie jak wielu Polaków, byłam przekonana, że urzędnicze pensje oscylują tam przynajmniej wokół średniej krajowej. Tymczasem wymienia się kwoty zaskakująco niskie, jak na duże miasta, w których urzędnicy mieszkają i pracują. Bo 2100 zł do ręki nijak się mają do kokosów, o które administrację się posądza.

Parę razy pozwoliłam sobie wyżyć się na ZUS– owskich urzędnikach, którzy – moim zdaniem – niezbyt profesjonalnie podchodzili do przedkładanych im spraw – mojej i znajomych. We wszystkich przypadkach racja była po stronie petenta, który – gdyby nie interwencja (czytaj: dostrzeżony błąd ) - otrzymywałby zaniżoną emeryturę. W pierwszym odruchu – zaraz po przeczytaniu dziennikarskiego tekstu – wybaczyłam starachowickim zusowcom wszelkie pomyłki (jak wielką siłę ma granie na uczuciach!). Wiedząc teraz, ile zarabiają (mało), bardziej przychylnym okiem patrzę na ich bezpośrednią pracę z klientami. A ta – jak to na pierwszej linii frontu bywa – jest bardzo wyczerpująca. Jeśli po 22 latach pracy w ZUS zarabia się właśnie 2100 zł netto, do czego nawet wstyd się przyznać (o czym mówią bohaterowie reportażu, wybierający między bluzką ze szmateksu a chlebem z masłem), to chyba coś jest nie tak. Aż dziw, że trzeba dociekliwości pismaków, żeby takie kwestie wyszły na światło dzienne.

Skąd się wzięło, że urzędnicy pławią się w gotówce? Może samorządowi? Bo – jak donoszą media - w administracji państwowej bywa cienko. Zanim wymieniono teraz ZUS, sporo było o zarobkach skarbowców. Przy okazji przemianowania fiskusa w KAS – Krajową Administrację Skarbową. Ponoć zdarzyły się tam wcale nie pojedyncze przypadki nawet obniżania pensji wraz ze zmianą stanowiska!

W Starachowicach urzędników wszelkiego autoramentu nie brakuje. Wysokość płac jest utajniona. Jeden pracownik nie wie, ile zarabia drugi, tak jak w przypadku bohaterów dziennikarskiego tekstu w "DF" czy "Nie" ( pierwszy tygodnik wysłuchał "spowiedzi" zusowców, drugi – skarbowców). Niby warunki utrzymania w małym i dużym mieście są nieco inne; większy komfort budżetowy ma się na prowincji, czyli w Starachowicach, choć niekoniecznie ... W każdym razie, nie zdziwię się, jeśli zusowscy bliżej jesieni zechcą stawiać rządzącym warunki w związku z dodatkową pracą przy emeryturach po nowemu, która ich czeka.

/ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ