reklama

Na innych łamach

"Gość Niedzielny" nr 31

"Niemcy zwycięzcą Brexitu" – ogłosił Jacek Dziedzina. Bo to Frankfurt wygrał wyścig o miano stolicy światowej finansjery. Ubiegała się o nie również Warszawa. Tyle, że największe banki i instytucje z Londynu mają się przenieść właśnie do Niemiec. I to tam powstanie najwięcej miejsc pracy po formalnym Brexicie.

Na razie jednak Londyn ciągle jeszcze znajduje się w gronie światowych centrów finansowych, obok Nowego Jorku, Tokio, Hongkongu, a także Singapuru i Szanghaju. Notowania w tych metropoliach przyciągają uwagę inwestorów całego świata. "Dla Brytyjczyków zatem City jest ciągle symbolem potęgi państwa, choć coraz mocniejsze jest również przekonanie, że to centrum światowych przekrętów, gdzie garstka finansowej arystokracji decyduje o losach miliardów ludzi." Nie do wiary, że cała ta dzielnica mieści się na 1,6 tys. m kw. Wyobraźnię pobudzają zarobki najbardziej wpływowej grupy bankierów. Jest ich ok. 2500 z wynagrodzeniem milion euro rocznie każdy! W zasadzie centrali instytucji finansowych można by nie przenosić. Dla inwestorów ważne jest jednak poczucie pewności. A że Wielka Brytania Unię opuszcza, lepiej mimo wszystko pomyśleć o bardziej pewnym terenie. Co nie znaczy, że niektóre centrale z Londynem wynegocjują korzystne warunki i nad Tamizą pozostaną, a inne tam i tak trafią. Wiele firm wciąż się waha, co zrobić. Stawką jest 13 tys. miejsc pracy i operacje finansowe na kwotę blisko 2 bilionów funtów. Do Frankfurtu zamierzają się przenieść m.in. Goldman Sachs, Morgan Stanley, UBS czy Citi Group. Paryż spodziewa się 1400 miejsc pracy, a Dublin – 150. Zostało jeszcze 9000 miejsc pracy. Frankfurt ma przewagę, gdyż zapewnia świetną infrastrukturę i ogólne warunki dla finansowych gigantów. We Frankfurcie znajduje się zresztą siedziba Europejskiego Banku Centralnego, który zawiaduje strefą euro. Poza tym to miasto najsilniejszego kraju w UE. Po wyjściu z niej Wielkiej Brytanii stanie się prawdziwym hegemonem. Autor zastanawia się jednak, czy Niemcy powinny stać się gospodarzem tak dużej liczby central bankowych. "Jest to bowiem kolejny krok w kierunku zachwiania i tak już mocno naruszonej równowagi w Europie." By nie doszło do jej zachwiania, po II wojnie światowej u podstaw integracji europejskiej legło przekonanie, by nie dopuścić do odrodzenia niemieckiej hegemonii. Teraz zaś przestało to mieć znaczenie. "To niebezpieczne nie tylko w wymiarze politycznym. /.../ Bo nadmierna koncentracja środków i możliwości w rękach hegemona – czy to gospodarczego, czy politycznego (nie mówiąc o trzech w jednym) – zaburza właśnie wolną konkurencję." Zdumiewające, że brakuje woli i mechanizmów, by odpowiednimi regulacjami zapobiec nadmiernej koncentracji kapitału polityczno – gospodarczo – finansowego w jednym, coraz potężniejszym państwie.

"Gazeta Wyborcza" nr 142

"Dlaczego nie warto się rozwodzić" – wyjaśnia Karolinie Zbytniewskiej prof. Danuta Hubner, eurodeputowana, kierująca komisją do spraw konstytucyjnych Parlamentu Europejskiego.

Z pewnością bez Wielkiej Brytanii Unia Europejska będzie znaczyć w świecie mniej. Ale jednocześnie Brytyjczycy nie staną się globalną potęgą. Proces wychodzenia z UE może ciągnąć się wiele lat. Najbliższe dwa to dopiero początek. "Nasze wzajemne relacje nie mogą się tak po prostu zawalić, przechodząc w stan prawnej pustki. /.../ Jeśli pod koniec tego roku będziemy mniej więcej wiedzieć, jak te nowe wspólne relacje Wielka Brytania chce zdefiniować – a nam jej pomysł będzie odpowiadać – możemy dopiero ustalić długość okresu przejściowego i ocenić, na jakie dziedziny trzeba przedłużyć obecne zobowiązania prawne Unii wobec Londynu i Londynu wobec Unii." Jednym z priorytetowych tematów jest przyszłość obywateli unijnych. Przebywa ich w Wielkiej Brytanii 3,3 mln, w tym niemal 900 tys. Polaków. Z kolei w 27 krajach Unii mieszka ponad milion Brytyjczyków. Pracują, pobierają emerytury – głównie w Hiszpanii, gdzie mają domy. Mniej kupują, ale chodzą do lekarzy... Czyli kosztują. "Natomiast obywatele Unii mieszkający w Wielkiej Brytanii głównie pracują – i wpłacają do ministerstwa finansów więcej, niż otrzymują od rządu wsparcia socjalnego czy ulg kredytowych i podatkowych. Polacy założyli na wyspach około 40 tys. firm." Tworzą miejsca pracy, płacą podatki. Coraz więcej Polaków zajmuje eksponowane stanowiska. A że jest to duża liczba osób, trzeba im zapewnić ekonomiczno – społeczne bezpieczeństwo. To samo odnosi się do Brytyjczyków w Unii. Ludzie nie mogą stać się ofiarami Brexitu. Wyjście kraju z UE jest lustrzanym odbiciem akcesji. Tyle, że rozszerzeń było wiele, a rozstanie kraju z Unią zdarza się po raz pierwszy. To wydarzenie bez precedensu.

"Polityka" nr 32

Kto lepiej radzi sobie w gospodarce: właściciel państwowy czy prywatny? Oczywiście, że państwowy. Bo kiedy jego firma przegrywa w walce o rynek, w każdej chwili może zmienić reguły gry – kwituje Adam Grzeszak w komentarzu "Lex na wszystko".

Kiedy pod polskimi sądami trwały w lipcu br. protesty przeciwko zawłaszczeniu wymiaru sprawiedliwości, Sejm uchwalił kilka ustaw, o których jakoś cicho. A znowelizował np. ustawę o zapasach gazu. Bez jakiegokolwiek trybu, jedynie na wniosek resortu, że niby chodzi o bezpieczeństwo energetyczne. Kryzys energetyczny chyba nam jeszcze nie grozi, ale skutki tej nowelizacji społeczeństwo dostrzeże wkrótce w rachunkach za gaz. W czym rzecz? "Otóż firmy, które importują gaz, muszą utrzymywać zapasy w zagranicznych magazynach, bo w polskich jest to trudne. Polskie PGNiG nie jest przecież zainteresowane wspieraniem konkurencji. Przechowywanie zapasów podniosło koszty importu, a że doszły jeszcze dodatkowe ograniczenia, niezależni importerzy zostają spychani na margines. Choć to wbrew obowiązującym uregulowaniom, Polska zamyka rynek, skazując się na monopol PGNiG. Nowa ustawa łamie reguły wspólnego rynku, więc należy się spodziewać interwencji Komisji Europejskiej. Z kolei nowelizacja ustawy o odnawialnych źródłach energii zaszkodzi elektrowniom wiatrowym. Swego czasu zachęcano inwestorów do stworzenia energetyki odnawialnej. Powstało więc sporo farm wiatrowych. Tyle, że energetyki wiatrowej obecna władza wręcz nie znosi. Bo Polska węglem stoi. Zagranicznych inwestorów zmusza się więc do wycofania z polskiego rynku i nawet się to udaje. Być może nawet wojując z wiatrakami, zabrnęliśmy za daleko. Możemy przy okazji wyciąć również własną branżę. Wtedy zaś, nie spełniając unijnego celu, by 15 proc. prądu uzyskiwać z zielonych źródeł, będziemy musieli znaleźć kraj, który ten cel przekroczył i zgodzi się nam sprzedać część swojego wyniku. "W efekcie tzw. transferu statystycznego będziemy finansować nie polskie, lecz niemieckie albo duńskie wiatraki. A jesteśmy na prostej drodze do tego, bo w 2016 r. 70 proc. elektrowni wiatrowych było deficytowych, wykręcając w sumie 3 mld zł strat." W kłopocie mogą się znaleźć banki, które kredytowały budowę farm wiatrowych. Choćby Alior i BOŚ, kontrolowane przez spółki Skarbu Państwa. Toteż i państwowe firmy wołają o opamiętanie. (Już dziś Polska ma najbardziej upaństwowioną gospodarkę wśród krajów Unii Europejskiej.) Skarb Państwa wymusza na nich decyzje ekonomicznie nieracjonalne, nie licząc się zupełnie z interesem prywatnych akcjonariuszy. Angażuje spółki energetyczne do programu finansowania państwowego górnictwa. "Także wiele prywatnych przedsiębiorstw jest uzależnionych od państwa, które decyduje o tym, kto będzie realizował wielkie inwestycje. Przedsiębiorcy ci, jeśli nie chcą wypaść z rynku, muszą ze spokojem znosić, jak państwo faworyzuje swoje firmy." Uprzywilejowana stanie się niebawem Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych. Otrzyma wyłączność na druk dokumentów publicznych. W przygotowaniu są kolejne ustawy, np. o rynku mocy, która zapewni wsparcie dla górnictwa i elektrowni węglowych. I za to zapłacimy w rachunkach.

"Newsweek" nr 33

Na groźbę "Leśnych podchodów" wskazuje Miłosz Węglewski. PiS bowiem otwiera furtkę do sprzedaży terenów leśnych, by sfinansować program Mieszkanie Plus.

Pozyskanie terenów od Lasów Państwowych pozwoliłoby wybudować bloki dla mniej zamożnych Polaków, co przełożyłoby się na wygraną partii w wyborach w 2019 r. Chodzi przede wszystkim o tani grunt. Chcąc budować po 2 – 3 tys. zł za metr, grunt musi być za grosze, a najlepiej za darmo. Dlatego w cieniu sejmowej zawieruchy o Sąd Najwyższy przegłosowano ustawę, na mocy której rozpocznie działalność... Krajowy Zasób Nieruchomości, zarządzający właśnie należącymi do skarbu państwa gruntami nadającymi się pod zabudowę mieszkaniową. Przekażą je obok Agencji Mienia Woskowego, Agencji Nieruchomości Rolnych, również Lasy Państwowe. W grę wchodzi 600 tys. ha zalesionych działek, przeważnie na obrzeżach dużych miast. W Warszawie chodzi o Kampinos, we Wrocławiu o Las Rędziński, a w Gdańsku o Trójmiejski Park Krajobrazowy. Zalesienie Polski może spaść w ten sposób o jakieś 4 proc. Leśnicy przeciwni są pełzającej prywatyzacji lasów. Zgadzają się jedynie na prowadzenie tamtędy dróg i linii wysokiego napięcia. Czy jednak ich zdanie będzie miało jakieś znaczenie dla rządzących? Lasy Państwowe to gigant, za którym stoi majątek wart 400 mld zł. Na dodatek to tylko (!?) państwowa jednostka administracyjna. Wynagrodzenia tam wynoszą średnio 8 tys. zł, w Dyrekcji Generalnej zaś – 12 tys. zł. Do tego dochodzą bonusy w postaci służbowych aut, deputatów drzewnych i wszystko przy potężnym przeroście zatrudnienia, bo w Polsce jednego ha lasu dogląda 13 leśników, podczas gdy w Szwecji tylko czterech. Ale Lasy Państwowe nikomu nie muszą się z tego tłumaczyć. Są na własnym rozrachunku. Nie mają w zasadzie żadnych ograniczeń. Ba, nie ma drugiej takiej firmy, która wynajęta przez społeczeństwo do zarządzania wspólną własnością, zużywa na swoje potrzeby aż 43 proc. Na ochronę lasów i ich hodowlę idzie zaledwie ... 13 proc. Stąd pomysł, by Lasy Państwowe wsparły partię Jarosława Kaczyńskiego. Z budżetu nic się już nie wyciśnie. Niemało poza tym kosztuje program 500+ i obniżenie wieku emerytalnego. A potrzeba jeszcze na kiełbasę wyborczą ...

"Przegląd" nr 27

Ruchy populistyczne zwracają uwagę na poważne problemy społeczne – zauważa dr hab. Jan Sowa, socjolog i kulturoznawca, z którym w wywiadzie "Dobre strony populizmu" rozmawiał Kacper Leśniewicz.

Już pod koniec lat 90. alterglobaliści ostrzegali, że globalizacja niesie rosnące nierówności, co może się niedobrze skończyć. Teraz płacimy wysoką cenę za lekceważenie tych głosów. Populizm nie jest samym złem. Dzięki niemu biedni mogą się czuć podmiotem w polityce. Odpowiadając na tę potrzebę populiści budują silną więź emocjonalną z wyborcami, którymi przez wiele lat nikt się nie interesował. "Niepokojące jest to, że populizm dryfuje w stronę barbarzyństwa, a z drugiej strony uwidacznia konieczność reform i podważa hegemonię liberalnego centrum". Wprowadza do debaty publicznej istotne tematy. Może też dokonać trwałych reform. Nie trzeba daleko szukać – taki jest program 500+ w Polsce. Pewnie, że można próbować ucywilizować system. Choćby ograniczając wyzysk, a przez to tworzyć materialne warunki dla postępowej polityki. "Wtedy być może uda się wypracować post kapitalistyczne rozwiązania, w których przejdziemy do produkcji bogactwa bez wywłaszczania innych i niszczenia planety." Liberalne elity atakują populizm nie w imię lepszego świata, lecz by mieć dominację. Ale to przyzwolenie na nierówności. "Moim zdaniem alternatywą, przed którą teraz stoimy, jest populo – faszyzm albo jakieś połączenie elementów socjalizmu i komunizmu". Kapitalizmu nie da się już wprowadzić na właściwe tory. Opór elit przy zmianie kursu może doprowadzić do konfrontacji. Katastrofalnej dla wszystkich. Rozwiązaniem problemu jest przede wszystkim poradzenie sobie z problemem biedy. To przecież ludzie biedni są podatni na propagandę uprawianą przez polityków. Również na faszystowską demagogię. Spokój materialny likwiduje agresję. "Jeśli to zrobimy, będziemy mogli potem pracować z językiem debaty publicznej, ze strukturami symbolicznymi i wiedzą."

"Nie" nr 27

Wprowadzając reformę oświaty zapewniano, że nie spowoduje ona zwolnień nauczycieli. Z danych ZNP wynika jednak, że 1 września br. aż 9389 nauczycieli straci pracę (5189 dostało wypowiedzenia, z 4200 nie przedłużono umowy o pracę). 22 tys. nauczycieli nie będzie miało pełnego etatu - donosi Bożena Dunat w "Burdelu pani Zalewskiej".

Kuratoria domagają się tworzenia w niektórych miastach kolejnych podstawówek z likwidowanych gimnazjów, na co nie ma zgody samorządowców. Przekształcają budynki na inne podobne placówki, np. żłobki czy przedszkola. Tyle, że w dokumentach ministerialnych to dalej funkcjonujące szkoły. Każąc w miejsce gimnazjów tworzyć nowe szkoły podstawowe doprowadza się absurdów. Bo rodzice będą np. musieli prowadzić dzieci gdzieś dalej, zamiast do szkół znajdujących się nieopodal miejsca zamieszkania. Wywoła to zapewne ich furię. Ba, nie mieści się niekiedy w głowie, że ma się zamykać szkoły - chluby miast i miasteczek, nowocześnie wyposażone, a trwać z podstawówkami pamiętającymi czasy króla Ćwieczka. Samorządowcy idą do sądów. Te mają się zająć ich sprawami w trybie przyspieszonym. Tyle, że rok szkolny za pasem. "Z informacji Związku Miast Polskich wynika, że w przeszłości w podobnych sprawach sądy szły na rękę samorządom. Powód jest prosty. Kuratoria i MEN nie potrafiły uzasadnić, dlaczego racja jest po ich stronie. Samo tupanie nogami nie wystarczało. Związek udostępnił uzasadnienia starych orzeczeń. We wszystkich przewija się ta sama myśl: "Skoro danym aktem organ kształtuje rzeczywistość, powinien opierać się przy jego wydawaniu na bezsprzecznie ustalonym stanie faktycznym, a nie przypuszczeniach, których dodatkowo nie potrafi umotywować." Nie wiadomo jednak, czy teraz sądy nie zechcą się przypodobać ministerstwu ... Zostaje jeszcze skarga kasacyjna, ale i tak trzeba będzie się dostosować do instrukcji władz oświatowych. "Może to oznaczać, że w połowie roku szkolnego dojdzie do kolejnego dzielenia nauczycieli między placówkami i otwierania szkół, potrzebnych jedynie dla podtrzymania wiarygodności Zalewskiej."

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ