reklama

Na innych łamach

"Polityka" nr 31

Pytani o typowo polskie cechy Polacy najpierw wymieniają ... zalety. Na pierwszym miejscu – nie do uwierzenia – gościnność! Co kuriozalnie wręcz zderza się z radykalną niechęcią do przyjmowania uchodźców! A do wyboru mieli jeszcze takie przymioty, jak: zawistni, patriotyczni, nieufni, kulturalni, egoistyczni, uczciwi, roszczeniowi, pracowici, tolerancyjni, mściwi i ulegli.

Wyniki ostatniego sondażu przeprowadzonego dla tygodnika omawia Joanna Cieśla w komentarzu "Jakby jaśniej". Okazuje się, że widzimy siebie jako właśnie gościnnych, pracowitych i patriotycznych. Uczciwość znalazła się zdecydowanie dalej, jak i pozostałe cechy. Postrzegamy się jednak inaczej aniżeli widzimy Europejczyków. Dostrzegamy różnice i ... wolelibyśmy, żeby tak zostało. "Ponad połowa badanych (52 proc.) stwierdziła, że Polacy na tle innych narodów nie są ani lepsi, ani gorsi. Zdaniem co trzeciego – wyróżniają się pozytywnie, a zdaniem 10 proc. – odstają na minus." O sobie samym Polak zawsze myśli lepiej niż wynosi własna grupowa średnia. Jeszcze do niedawna w czołówkach znajdowały się bałaganiarstwo, nieuczciwość czy lenistwo. Pracowitości nigdy sobie nie odmawialiśmy, ale przyznawaliśmy się do malkontenctwa, narzekania, pesymizmu i roszczeniowej postawy wobec życia. Teraz siła negatywnego przekazu słabnie. Zaczęliśmy bowiem wyjeżdżać i zobaczyliśmy, że za granicą Polak ekstremalnym awanturnikiem nie jest i nie bywa nawet roszczeniowy. Może gdyby parafie zaczęły przyjmować uciekinierów z krajów dotkniętych wojną, naprawdę stalibyśmy się wzorem gościnności. Mniej wątpliwości budzi pracowitość Polaków. Szczególnie ta widziana przez pryzmat prac fizycznych, np. na zmywaku czy plantacjach truskawek. Modny wśród młodych stał się patriotyzm, ale wielkościowy i megalomański obraz Polski i Polaków, proponowany przez obóz rządzący zbyt wielką popularnością się nie cieszy. "Czy zatem możliwe, że coraz bardziej radykalny i konfrontacyjny nierzadko wręcz obelżywy wobec Zachodu – język polityków, telewizyjnych komentatorów politycznych (TVP) i samozwańczych twitterowych ekspertów nie przekłada się na opinie społeczne tak mocno, jak zwykło się sądzić? /.../ Wielkim zaskoczeniem jest wzór, w jaki układają się odpowiedzi na pytanie o historyczne krzywdy. Najwięcej pytanych (40 proc.) stwierdza zdroworozsądkowo: że Polacy byli w przeszłości krzywdzeni, ale sami też krzywdzili." Generalnie, w miastach i miasteczkach zalety wśród polskich cech wymienia się rzadziej, natomiast wady częściej niż na wsiach i w metropoliach. Może dlatego, że w tych środowiskach brakuje poczucia sukcesu. Nie było aż tak skokowej poprawy życia jak w gospodarstwach rolnych, po wypłacie unijnych dopłat, i w dużych ośrodkach, gdzie z kolei są większe perspektywy. "Kuriozalna zależność ujawnia się przy ocenie poziomu kultury: im ktoś mniej wykształcony, tym bardziej uważa, że Polacy są kulturalni. Im wyższe wykształcenie, tym większa wiedza o złożoności pojęcia kultury i mechanizmach kształtujących rozmaite zjawiska i większy krytycyzm /.../." Zastanawia jedno – Polacy w wielu kwestiach widzą się podobnie. Może nie ma zatem aż tak głębokiego pęknięcia? Odradzający się humor – wszechobecne w sieci memy chociażby – świadczą o dystansowaniu się obywateli od logiki pseudo-partyjnych debat. Na demonstracjach pod sądami nie słyszało się obraźliwych haseł. Nikt się z nikim nie pobił. Czyli ... jesteśmy rzeczywiście przyjaźni, zapobiegliwi i uprzejmi. Nie wyglądamy przy tym jak społeczeństwo w kryzysie, "na skraju wojny domowej, zdominowane przez kanalie, zdradzieckie mordy i złodziei."

"Gość Niedzielny" nr 30

"Takiej reformy nie będzie" – przyznaje Andrzej Grajewski. Reforma wymiaru sprawiedliwości miała w sensie formalnym, a także symbolicznym zakończyć układ Okrągłego Stołu. Faktem bowiem jest, że środowiska sędziowskie dotąd nie oczyściły własnych szeregów, a ich wiele orzeczeń całkowicie zahamowało efektywną lustrację oraz wymierzenie sprawiedliwości politykom i sędziom odpowiedzialnym za łamanie prawa w czasach PRL.

Słabością polskiego sadownictwa jest też liczba skarg kierowanych przez Polaków do Strasburga o naruszenie art. 6 europejskiej konwencji praw człowieka, który gwarantuje wszystkim prawo do sprawiedliwego procesu sadowego, odbytego w rozsądnym terminie. Przez lata - po 1989 r. nie zrobiono nic, żeby to zmienić. Reakcja więc musiała nastąpić. Tyle, że prezydent spośród trzech ustaw dotyczących sądownictwa dwie zawetował. Niewątpliwie zmiany są konieczne, weta zatem dają teraz szansę poważnej debacie na ten temat. W każdym razie powrotu do starego, korporacyjnego modelu polskiego wymiaru sprawiedliwości już nie ma. "PiS ma rację, domagając się zmian w sądownictwie, ale niestety zdecydował się je przeprowadzić bez słuchania głosów prawników oraz innych środowisk politycznych. Rządząca partia ma demokratyczną legitymację do przeprowadzenia zmian, ale w sprawie o tak zasadniczym znaczeniu nie powinna zachowywać się tak, jakby znaczna część Polaków była jej osobistymi wrogami. Demokracja, która staje się bezwzględnym dyktatem większości, traci swój sens. Tymczasem liderzy PiS uznali, że w tej sprawie nie muszą słuchać nikogo: opozycji, środowisk prawniczych, niezależnych ekspertów. Demokratyczne państwo buduje się w dialogu, a PiS o zmianach w sądownictwie nie chciał rozmawiać nawet z własnym prezydentem, przez co zmusił go do bezprecedensowego weta." Polska czeka na nową wersję ustaw. Opozycja dostała szansę wystąpienia z konstruktywnymi propozycjami – społeczeństwo czeka na nie, a nie tylko na totalną krytykę obozu rządzącego. "Jeśli jej nie wykorzysta, prawdopodobnie straci szansę na poważniejsze funkcjonowanie w życiu politycznym. Pozostanie jej bowiem jałowy sprzeciw i budowanie nienawiści do wszystkiego, co zrobi PiS. A to jest droga prowadząca donikąd" – przestrzega autor. Jednocześnie podkreśla, że nie rewitalizując podstawowych wspólnych wartości, zaprzepaścimy również spoistość wspólnoty narodowej i wiarę, że tylko działając wspólnie jesteśmy w stanie zbudować państwo potrafiące stawiać wyzwanie nadchodzącym czasom.

"Newsweek" nr 32

Młodzi poczuli, że władza może im zabrać ich kraj – twierdzi filozof Andrzej Leder w rozmowie Aleksandry Pawlickiej "Ideały, a nie ciepła woda w kranie".

Co prawda w protestach przeciwko chęci zawłaszczenia wymiaru sprawiedliwości przez PiS wzięła udział najwyżej młoda klasa średnia, a nie wszyscy z tego pokolenia, lecz młodzi tym razem byli zauważalni. Zorientowali się, że działania władzy idą w bardziej radykalnym kierunku niż dotychczas. "Na to nałożyły się takie sprawy, jak śmierć Igora Stachowiaka, narastanie faszystowskiej przemocy na ulicach, wycinka puszczy. Pojawił się niepokój o taką wolność, która przeżywana jest jako podstawowa. W najgorszym scenariuszu, podobnym do tureckiego, mogłoby to oznaczać koniec podróży, pracy i nauki w Europie, wolnych wyborów, a nawet Internetu". Jak katalizator zadziałało ujawnienie się bardzo agresywnego oblicza PiS. "Tego rodzaju estetyki, jaką zaprezentowali ludzie Kaczyńskiego w ostatnim czasie, a która dla młodej klasy średniej okazała się odrażająca i urażająca." Występ Jarosława Kaczyńskiego na sejmowej mównicy, poza protokołem, pokazał, że nie mamy już do czynienia z mądrą polityką. Uświadomił, że wszystkie decyzje polityczne zależą od jednego człowieka. Dążącego do władzy autorytarnej. Jakże inaczej, jeśli poseł grozi ... innym posłom wsadzaniem do więzienia, a groźby wyrzuca w ataku wściekłości. "Nastąpiło sprzężenie dwóch elementów: jakiegoś rodzaju przestraszenia tym, z kim mamy do czynienia, a jakąś formą upokorzenia tym sposobem traktowania współobywateli." Młodzi nie mają doświadczeń peerelowskich, nie dostrzegają zatem paraleli między PRL a tym, co robi PiS. Marsze KOD nie były dla nich ich rzeczywistością. Wyszli na ulice dopiero wtedy, kiedy zostały zagrożone istotne dla nich wartości. Tyle, że to jednak wartości nie całego młodego pokolenia. Tych, którym nie podobają się zadymione polskie miasta, wycinka drzew, strzelanie do zwierząt, ograniczanie prawa prokreacyjnych z zakazem aborcji i pigułką "dzień po". A nawet dyskryminacja mniejszości i słabszych. A jak do tego doda się jeszcze prekariat, musiało wreszcie pęknąć. Jednocześnie młodzi dali do zrozumienia, że pokolenie ojców III RP musi odejść. Dlatego w partiach opozycyjnych powinna nastąpić zmiana warty. Dwa weta prezydenta nie powstrzymają planowanych przez PiS zmian. Dla demokracji kluczową jest więc zdolność do mobilizacji. Niestety, 100 – tysięczna demonstracja w dwumilionowym mieście to wciąż nie jest masowy protest. Mimo to J. Kaczyński nawet ze swoją polityką redystrybucji nie odzyska już raczej hegemonii w narodowej wyobraźni. Nie przebije tych 40 proc., bo Polacy właśnie pokazali, że chcą polityczności pluralistycznej i równościowej, takiej, jaka jest fundamentem nowoczesnego społeczeństwa demokratycznego.

"Nie" nr 26

"Polskę bez Polaków" widzi Marian Śrut. Podejmowane obecnie działania aktywizujące i wzmacniające politykę rodzinną – jego zdaniem - tylko w ograniczonym stopniu zmodyfikują obecną sytuację. Tak zresztą ocenia w swoim raporcie istniejący i przyszły stan rzeczy Rządowa Rada Ludnościowa.

W Polsce żyje obecnie 9 mln kobiet w wieku rozrodczym, czyli od 15. do 49. roku życia. Tyle, że w wiek największej płodności zaczynają wchodzić roczniki z głębokiego niżu demograficznego lat 90. ub. stulecia. Potencjalnych matek Polek będzie zatem zdecydowanie mniej. Ich populacja spadnie do 5– 6 mln. Tego demograficznego dramatu nie da się uniknąć, można jedynie zminimalizować jego skutki. Nowa polityka rodzinna nie spowoduje zatem zatrzymania spadku liczby ludności, jedynie ją spowolni. Polaków może i przychodzi ostatnio więcej na świat, lecz powodu do euforii, takiej, jaką serwuje nam rząd, nie ma. "Program "500 plus" do 2050 r. pochłonie ponad 700 mld zł. Jeśli 5 setek miesięcznie przekona kobiety do wzmożenia zachowań prokreacyjnych i jakimś cudem uda się osiągnąć niebotyczny wskaźnik dzietności 1,85, Polaków i tak ubędzie. Spodziewane korzyści są więc mgliste i wysoce warunkowe. A w połączeniu z obniżeniem wieku emerytalnego gra staje się całkiem niewarta świeczki." W 2050 r. emerytów będzie nie 10, a 12,5 mln, a na świadczenie będzie zarabiać nie 17 mln lecz 14,5. Pożytki z programu 500 + zniweluje obniżony wiek emerytalny! Co ciekawsze, wszyscy zdają sobie sprawę z czekającej nas katastrofy. Przecież nie bez powodu zaczęto namawiać Polaków do odłożenia decyzji o przejściu na emeryturę, proponując nawet określone profity. Chyba żeby wprowadzić ... stan wojenny, bo o wypowiedzeniu wojny lepiej nawet nie myśleć. Historia pokazuje bowiem, że najwięcej Polaków przychodziło na świat po zakończeniu II wojny światowej oraz w stanie wojennym. "Polacy rozmnażają się zatem niczym muzułmańska hołota – nie wtedy, gdy są syci, ale honorowo i bojowo, o czym Wódz Naczelny wiedzieć powinien" – konkluduje autor.

"Przegląd" nr 26

Paulina Piechna – Więckiewicz chce "Wierzyć w ludzi", o czym mówi Kacprowi Leśniewiczowi. Radnej Warszawy i członkini stowarzyszenia Inicjatywa Polska zależy na upodmiotowieniu obywateli.

Wielkie inwestycje, owszem, są ważne, ale trzeba wiedzieć, komu i czemu służą. Dzisiaj często nielicznym. Chodzi o to, by służyły mieszkańcom. "Zależy nam na modelu, który nie ogranicza się do partyjnych funkcji i przekazywania poleceń z góry na dół. Obiecaliśmy sobie, że najważniejsza dla nas będzie kwestia oddolnego działania, które będzie angażować również ludzi nie będących członkami stowarzyszenia. /.../ Ludzie nie chcą już się angażować w działalność partii hierarchicznych. /.../ Często partie polityczne zakładają, że wyborców nie interesuje jakiś obszar praw człowieka, ale jeśli wyborcy widzą, że ktoś jest wiarygodny, są w stanie zaakceptować wiele postulatów. Trzeba ciągle rozmawiać, przekonywać, wierzyć w ludzi. Dyskutując o podatku progresywnym, możemy dyskutować o progach podatkowych, ale nie zastanawiamy się nad tym, czy podatek progresywny czy liniowy, bo dla lewicy to jest oczywiste. /.../ Trochę dziwią mnie opinie części lewicy na temat praw człowieka. Zgodnie z tym myśleniem nie są one dzisiaj tak ważne, możemy załatwić je później. O prawach człowieka może dyskutować prawica, ale dla lewicy powinny one być immanentną częścią każdego programu. Nie na zasadzie postulatu gospodarczego nr 10, tylko jako część naszego systemu wartości, którego się nie podważa./.../ Lewicy nie sprzyja dziś przekonanie, że w PO powstanie lewe skrzydło. To jest jakieś nieporozumienie. Po wyborach wiele osób przychodziło do mnie i mówiło, że mają poglądy lewicowe, ale nie głosowali na nas, bo nie dawali nam żadnych szans. Okazuje się, że głosowanie w zgodzie z własnym systemem wartości jest związane z wysokim ryzykiem. To przerażające." Część liberalnych mediów promuje Roberta Biedronia i Barbarę Nowacką na założycieli nowej partii. Nic o tym jednak na razie nie wiadomo. Inna rzecz, że i B. Nowacka, i R. Biedroń to ludzie zdolni do opowiedzenia nowej historii.

"Gazeta Wyborcza" nr 140

"Wykorzystajmy dobrze deszcz" - radzi prof. Paweł Licznar, z którym rozmawiał Remigiusz Jaskot. Zwłaszcza betonując miasta.

Dopuszczając do przepełniania się studzienek, pozwala się również na niszczenie zieleni. Woda nie trafia do profilu glebowego i drzewa usychają, bo nie mają jej skąd pobierać. Opłaty przymuszą jednak ludzi do pamiętania o retencji. Stosuje się je zresztą w świecie. "Jeśli pozbywam się wody z działki i zrzucam ją do kanału, to korzystam z infrastruktury, za której budowę i bieżącą eksploatację ktoś musiał zapłacić. /.../ Ktoś musi ten ściek oczyścić i odprowadzić do odbiornika. /.../ Można udawać, że tego wszystkiego nie ma, a koszty ukrywać w lokalnych podatkach. A może lepiej wprowadzić realną opłatę za utraconą retencję? Niech płacą więcej ci, którzy szkodzą najbardziej." Jeśli się tym nie zajmiemy, problem będzie narastał. Miasta powinny zainteresować się zagospodarowaniem wód deszczowych. Bez tego nie ma co zaczynać przebudowy kanalizacji deszczowej. "Mylną jest stara filozofia/.../, mówiąca, że deszczówkę musimy szybko zebrać i szybko odprowadzić. Przecież w Polsce pada tylko przez 10 proc. czasu w ciągu roku. Wodę można zatrzymać i potem powoli odprowadzać, czasu jest na to pod dostatkiem. /.../ Istotne jest to, żeby w retencji podglądać przyrodę. W czasie deszczu rośliny gromadzą wodę i wcale nie pozbywają się jej od razu. My też nie powinniśmy jak najszybciej zrzucać wody ze zbiorników." Tymczasem w Polsce zrzuca się ją zaraz po zakończeniu opadu. W efekcie zieleńce podlewa się wodą wodociągową. A przecież rośliny wolą deszczówkę. Można więc by to zorganizować zupełnie inaczej. Ponieważ zapowiada się, że za odprowadzanie deszczówki przyjdzie nam płacić, trzeba się zastanowić, jak opłaty zminimalizować. "Wodę z dachu najlepiej wykorzystać po prostu do podlewania ogrodu. Można pomyśleć o wykopaniu zbiornika na wodę w ogrodzie. Jak duży to ma być zbiornik i ile potencjalnie można pobrać z niego wody na różne cele, jak np. do spłukiwania toalet lub zasilania pralki, możemy się przekonać sami, korzystając z prostych kalkulatorów dostępnych w internecie." W USA w niektórych miastach wypłaca się premie za odłączenie posesji od zbiorczej kanalizacji deszczowej, a mieszkańcy otrzymują dodatkowe wsparcie ekspertów przy budowie np. ogrodów deszczowych. W Polsce centralnej, przede wszystkim narażonej na susze, paradoksem jest, że nadal marnuje się wodę opadową.

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ