reklama

Lepiej się nie wychylać?

Mimochodem

 

Mrożącą krew w żyłach historię opowiedziała kuzynka koleżanki, która wieczorową porą świeciła znicze na grobach bliskich. Gdyby na cmentarzu nie towarzyszył jej mąż, pewnie ze strachu zemdlałaby.

Oboje natknęli się na mocno naruszony pomnik, spod którego wyzierały szczątki złożonych tam zmarłych. W oczy rzucił się im zwłaszcza czarny garnitur, zupełnie jeszcze dobrze zachowany. W pierwszej chwili małżeństwo miało zamiar wezwać służby miejskie, lecz – po zastanowieniu – czym prędzej opuściło szokujące wykopalisko, nie chcąc mieć do czynienia z jakimikolwiek mundurowymi. To perspektywa ewentualnego świadkowania, zeznań, wdawania się w dyskusję z urzędnikami wywołała w nich niechęć do kontaktu ze służbami alarmowymi, choćby i nawet na terenie cmentarza doszło do przestępstwa.

Ta opowieść zadziałała niczym domino. W koleżeńskim gronie posypały się przykłady samych złych kontaktów w podobnych sytuacjach z mundurowymi. Dotyczących bardziej zwyczajnych tym razem zdarzeń. Na przykład wyrzucanych na skraj lasu wielkich worków ze śmieciami. Wezwani przez dbającego o ład i porządek młodego mieszkańca obrzeży Starachowic policjanci zlekceważyli sygnał. Wręcz doszło do słownej przepychanki. Zdaniem gospodarzy posesji, policja powinna była nadać bieg sprawie, zaglądając choćby do worków. Z pewnością trafiłaby na ślady, które mogłyby doprowadzić do sprawcy. Tyle że policjanci ani myśleli babrać się w cudzych śmieciach i... stanęło na niczym. Chociaż nie, młodzi znajomi, właściciele domku za miastem, obiecali sobie w żadnym razie nie liczyć nigdy na organy ścigania, stwierdzając, że więcej z tym kłopotu niż pożytku. Tak opowiadane podobne sobie historie zatoczyły koło. I wyszło na to, że niefortunne małżeństwo z cmentarza dobrze zrobiło, pozostawiając fakty samym sobie.

Więcej na ten temat z pewnością mogliby powiedzieć ci, którzy pracują pod alarmowymi numerami. Najlepiej wiedzą, jak starachowiczanie reagują na niecodzienne zdarzenia. Czy informują – i jak często? – o przypadkach podpalenia trawy, niszczenia ławek, malowania po ścianach itp.? Czy wzywają ratowników medycznych bądź policję do zasłabnięć na ulicy? Czy raczej przechodzą obojętnie obok z nastawieniem, że to wszystko przecież mnie nie dotyczy.

Nie trzeba wcale nagłośnienia przykrych dla pojedynczych osób zdarzeń z udziałem wymiaru sprawiedliwości, żeby zniechęcić społeczeństwo do współdziałania, a przynajmniej normalnego traktowania służb mundurowych. Społeczeństwo zniechęca się samo. Po części z racji właśnie nieudanych interwencji własnych lub znajomych w chwilach wyższej konieczności, a w dużej mierze z pragnienia tzw. świętego spokoju.

W pierwszych latach po transformacji ludzie nabrali pewnego animuszu. Stali się odważni. Potrafili upomnieć się o swoje. Dziś obserwuję wycofywanie się z tamtych pozycji. Znów urzędnikom wszelkiej maści zdarza się hardzieć. A petent zamiast korzystać z przysługujących mu praw, woli tak kombinować, by mimo wszystko jego było na wierzchu, czego świadomość mają obie strony.

Terytorium każdego z osobna mocno się skurczyło. Do niewielkiego terenu prywatnego, na który obcym wstęp wzbroniony. Również służbom teoretycznie mającym wspierać społeczeństwo. Niestety, postrzeganym przez wielu, jako niosące kłopoty. Tyle że – z czego niejeden nie zdaje sobie sprawy – prowadzi to do absolutnej izolacji społecznej. Najgorsze, że obojętność drugiej osoby może każdego dotknąć w najmniej spodziewanym momencie. Po sąsiedzku, bo z sąsiadami raczej nie utrzymuje się już serdecznych kontaktów. Na przystanku, w autobusie, bo inny pasażer może być potencjalnym zagrożeniem. I w ogóle w przestrzeni publicznej, bo po co się mieszać w nieswoje sprawy. Ale czy na pewno nie swoje?

/ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ