reklama

Walczy na oceanach z piratami

Nasz człowiek

W numerze

Walczy na oceanach z piratami

Nasz człowiek

 

Większości z nas piraci kojarzą się z odległymi czasami, dużymi statkami, czarną flagą z czaszką nad skrzyżowanymi kośćmi. To jednak nie tylko postaci z bajek i baśni, a piractwo to nie historie z przeszłości. Ich ataki na statki to również aktualnie ogromny problem i wielomilionowe straty. Armatorzy bronią się więc i wynajmują ochroniarzy. W jednej z takich specjalistycznych grup pracuje starachowiczanin, który opowiedział GAZECIE o współczesnym piractwie. 

- Bakcyla złapałem w wojsku i tak od 2001 roku zaczęła się moja przygoda z formacjami uzbrojonymi. Później przerwałem studia i trafiłem do Belfastu, gdzie tłumiłem zamieszki przez cztery lata. Po tamtych wydarzeniach złożyłem dokumenty do jednostek specjalnych żandarmerii wojskowej, ale procedura się przeciągała, nie miałem żadnych sygnałów i zdecydowałem się na policję. W 2008 roku zdałem wszystkie egzaminy i zacząłem pracować, a niespodziewanie dostałem informację, że mogę podpisać kontrakt w żandarmerii wojskowej i tak trafiłem do jednostek specjalnych AGAT – mówi nam o swoich początkach w jednostkach specjalnych Hubert. Przez pewien czas zdecydował się na życie „w cywilu”. Wyemigrował do Anglii, ale jego zamiłowanie do formacji uzbrojonych okazało się silniejsze. Jasne było, że życie w cywilu to zupełnie nie jego bajka. - Po niedługim czasie zaczęło mi tego wszystkiego brakować i po prostu się męczyłem. Pojawiła się opcja pracy na kontrakcie na statkach, znajomi mnie namawiali i w pewnym momencie zdecydowałem, że spróbuję – dodaje.

„Jak nie my,

ich to oni nas”

Ochroniarze statków są wyspecjalizowaną jednostką, najczęściej z bogatą przeszłością w jednostkach specjalnych czy innych formacjach mundurowych. Nie oznacza to jednak, że każda osoba z taką przeszłością z marszu może pracować w tym zawodzie. Zanim dojdzie do podpisania kontraktu, trzeba przejść skomplikowaną procedurę i zdać kilka egzaminów. Pożądaną cechą jest także duża odporność na stres i samozaparcie. Członkowie grup ochroniarskich zaznaczają, że oni nie inicjują konfliktów, a zaistniałe konflikty rozwiązują. Nie da się ukryć, że w codziennej pracy spotykają się z niesamowitą agresją i codziennie narażają swoje życie, a wszystko ociera się o śmierć zgodnie z zasadą „jak nie my ich, to oni nas”. Piraci używają ostrej amunicji i nie mają żadnych skrupułów, tutaj nie ma czasu na sentymenty i często wszystko rozgrywa się w kilka chwil.

- Żeby dostać się tam, gdzie teraz pracuję, trzeba na początek wyłożyć spore pieniądze. Egzaminy, badania lekarskie i wszystkie uprawnienia kosztują około 15 tysięcy złotych, a na starachowickie warunki to sześciomiesięczna pensja. Pocieszające jest to, że zwraca się ten wydatek po pierwszym miesiącu pracy. Żeby pracować na statkach jako ochroniarz, trzeba mieć uprawnienia marynarza nawet zrobione w Polsce. Później trzeba zrobić sobie wszystkie uprawnienia, w tym najważniejsze Maritime Security Operative, Firearms Competency Certification i Tactical Combat Casualty Care. Kiedy już wszystko mamy, to pozostaje nam czekać na telefon z informacją, że na przykład za cztery godziny musimy być na lotnisku i dopiero na miejscu dowiadujemy się, gdzie będziemy lecieć – mówi Hubert. Praca na statkach to ciągła niewiadoma. Nigdy nie jest pewne ile konkretny rejs może trwać, dlatego trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność. Warto zaznaczyć, że ochroniarze nie podróżują z uzbrojeniem, broń odbierają dopiero z chwilą wejścia na statek.

- Miałem taką sytuację, że na trzy tygodnie miałem lecieć do Tanzanii. Wylądowaliśmy na lotnisku, było fajnie, miło i przyjemnie. Przeszliśmy na statek, odebraliśmy broń, ale okazało się, że nie było to trzy tygodnie tylko cztery miesiące. Pływaliśmy wzdłuż Tanzanii, była Kenia i cała wschodnia Afryka, wpłynęliśmy także do Zatoki Perskiej, Jemenu, a następnie do Dubaju – opowiada.

Porwania dla towaru

lub okupu

Piraci porywają statki głównie dla okupu lub znajdującego się na nim towaru. Do najbardziej narażonych na ataki piratów należą okolice Nigerii i Somalii. W Polsce o piratach zrobiło się głośno w 2015 roku, kiedy na wodach Nigerii piraci porwali polski statek Szafir. Pięciu członków załogi, w tym kapitan Krzysztof Kozłowski, w niewoli spędzili blisko dwa tygodnie. Do domu wrócili cali i zdrowi, ale do dziś dokładnie nie wiadomo, w jaki sposób udało się doprowadzić do ich wypuszczenia. Armatorzy zazwyczaj nie przyznają się do zapłacenia okupu. Najsłynniejsza akcja walki z piratami opisana została w filmie „Kapitan Philips”, gdzie w rolę tytułowego kapitana wcielił się Tom Hanks. Armatorzy, aby uniknąć milionowych strat powodowanych przez napady piratów, decydują się na zatrudnienie ochrony. Uzbrojeni są „po zęby”, ich praca obarczona jest wieloma procedurami. - Na statkach jesteśmy w trzy lub cztery osoby. Jeśli jest to grupa czteroosobowa, to jest luz, a jeśli mniejsza, to musimy cały czas być w gotowości. Podobnie jest jak mijamy najbardziej newralgiczne punkty, wtedy dosłownie śpimy w butach. Bardzo niebezpieczna jest Nigeria, ale rząd nigeryjski nie pozwala wpłynąć ochroniarzom z bronią, dlatego ochrona na statkach jest tam bezcelowa. Ja na szczęście w Nigerii nigdy nie byłem – informuje Hubert. Nasz rozmówca nie odpowiada na pytanie, czy pozbawił życia jakiegoś pirata, ale przyznaje, że kilkakrotnie doszło do wymiany ognia. Nie trudno się domyślić, że w takiej sytuacji śmierć czai się wszędzie, tym bardziej że zdeterminowani piraci „odpuszczają” dopiero wtedy, gdy zobaczą, że z ochroną nie ma żartów. - Bywa tak, że pływamy sobie po oceanie przez 20 dni, nic się nie dzieje. Nagle pojawia się obiekt na radarze, który pokazuje obszar 360 kilometrów i mamy do pół godziny na przygotowanie się. Procedura jest taka, że najpierw pokazujemy napastnikom broń i wtedy oni już wiedzą, że na statku jest ochrona. Najczęściej po tym piraci odpuszczają, bo zwykle szukają statków bez ochrony. Zdarzają się jednak tacy, którzy nie rezygnują i płyną dalej - opowiada Hubert. - Pierwszą taką akcję miałem w okolicach Sokotry, kiedy po strzałach ostrzegawczych nie odpuścili i otworzyliśmy ogień. Po tym już się wycofali. Paradoksalnie dużo takich sytuacji nie było. Przeważnie piraci nie są idiotami i jak widzą ochroniarzy to odpuszczają – dodaje.

Jak przyznaje praca wymaga nie tylko dużej odwagi, ale także odporności na stres. Każdy dzień jest jedną wielką niewiadomą, a piraci nie mają żadnych oporów by zabijać. Mimo że ochroniarzy jest mniej w stosunku do napastników, to są oni zdecydowanie lepiej wyposażeni i wyszkoleni, co daje im ogromną przewagę. Niemniej to cały czas walka o życie. Huberta do pracy na oceanach odpowiednio przygotowało członkostwo w jednostkach specjalnych i udział w wielu misjach zagranicznych.– Czasami coś mi się przyśni, ale nie jest tak, że budzę się w nocy z krzykiem i oblany potem. Pewnie dlatego, że w tym przypadku sprawa jest prosta, „jak nie my ich, to oni nas” – powtarza Hubert.

(mp)

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ