reklama

Strefa ciszy!

Mimochodem

 

Warkot samochodów stał się dla lokatorów bloków usypiaczem. Musieli przywyknąć do jednostajnego hałasu miasta. Nie ma już na szczęście dwusuwów. Te potrafiły z nagła postawić na nogi. Jak się odezwały, to aż dźwięczało w uszach. Teraz podobnie dają o sobie znać wszelkiego rodzaju motory. Zwłaszcza wieczorem pozwalają sobie na więcej.

Ulicę Radomską i Konstytucji 3 Maja, gdzie mieszka koleżanka, traktują jak tor wyścigowy. Najgorzej, kiedy wybudzą z pierwszego snu, bo potem do rana nie można zasnąć. A przecież świtkiem do dnia trzeba się zerwać, ponieważ zawodowa praca kieruje się swoimi prawami. Punktualność przede wszystkim. Najchętniej więc koleżanka wniosłaby petycję do prezydenta miasta, by po godzinie 22.00 zabronił motocyklistom dociskania pedału gazu na starachowickich ulicach. Bo hałas na dodatek irytuje. I człowiek staje się coraz częściej agresywny. Nie daj Boże w pracy! Dzieje się, oj dzieje, kiedy klientowi i urzędnikowi puszczają nerwy. A nuż się nie wyspali...

Dziś szczęściarzem może się nazwać każdy mieszkający poza miastem. Zawsze zresztą obcowanie z naturą wyciszało. A jak jeszcze zieleni jest sporo i pomiędzy drzewami przemykają domowe koty, na które, również domowe, psy nie zwracają uwagi, raj blisko. Z dala od wszelkiego zgiełku.

W mieście nie ma właściwie chwili spokoju. W jednym roku cały sezon, z wyjątkiem zimy, odnawia się elewacje bloków. Przez kilka godzin słychać stukanie, piłowanie etc. Jednocześnie już przed siódmą zaczynają zgrzytać przycinarki do kostki brukowej, bo jak nie zmienia się chodniki, to wydziela parkingi z trawników. I jeszcze generalne remonty pobliskich sklepów. Podjeżdżające doń wielkie samochody z towarem, pracujące swoim rytmem, jak np. chłodziarki, też dają się we znaki. Ba, przynajmniej dwa razy w tygodniu okoliczne śmietniki opróżnia specjalistyczny sprzęt. Że też musi hałasować bladym świtem!

Znajoma wzięła się na sposób. Mieszka w na nowo tynkowanym właśnie bloku. Mało tego, któryś z lokatorów zmienia wystrój mieszkania. Czyli od rana do wieczora znajomą bombardują decybele. O olbrzymiej sile. Nie wytrzymuje. U siebie pomieszkuje tylko nocami. W dzień przygarniają ją bliscy z innej części miasta. Jej sąsiedzi z kolei wychodzą – przy ładnej pogodzie - posiedzieć na ławce. Najbliżej im pod "Skałki". Tyle że i tam nie czują się komfortowo. O ile bowiem oni sami używają w przestrzeni publicznej telefonów komórkowych wyłącznie w stanie wyższej konieczności, o tyle inni spacerowicze tamże "odpoczywają" z aparatami przy uchu. Niechcący jedni drugich podsłuchują, gdyż rozmowy są prowadzone głośno. Prawdę mówiąc, telefonowanie przestało być czymś osobistym, choć było intymnym wręcz do niedawna. Nie do wiary, że nagle wszyscy w jednym czasie załatwiają same sprawy nie cierpiące zwłoki.

Tak jak irytujące jest włączanie telewizorów w szpitalnych salach chorych (nie każdy przy tym lubi te same programy), tak wyprowadza tam z równowagi również nieustanne konwersowanie przez telefon. Litości, trochę spokoju...

Że problem telefonicznej nachalności istnieje, zauważył przewoźnik kolejowy i ponoć w pociągach pendolino ustanowił strefę ciszy. Ciekawe, czy przybywa jej zwolenników? Pierwszym miastem z kolei, które przymierzało się do wprowadzenia strefy wolnej od telefonów komórkowych, było austriackie Grazu. Chciało zabronić ich używania właśnie w środkach komunikacji publicznej, a może nawet na ulicach. Bo cały świat się dziś przekrzykuje. Ale czego się spodziewać, jeśli już od kołyski uczy się ostentacji i lekceważenia oczekiwań lub potrzeb innych. Generalnie, hałas rano czy wieczorem mało kogo dziś już z młodszego pokolenia obchodzi.

Nie tak dawno wykonywano drogę pożarową wokół kilku bloków. W następnym roku poprawiano nawierzchnię dotychczasowej osiedlowej ulicy i wygradzano miniparkingi przy kilku budynkach. Kilkanaście miesięcy temu restaurowano pawilon handlowy. Teraz znów za oknem rozlega się warkot, stukot, świst i gwizd. Od południowej strony trwa remont ściany balkonowej. Od północy po raz kolejny powiększa się zatoczki dla pojazdów. Tym sposobem można mieszkańcom jednego budynku zmarnować każde lato. Żeby tylko! Również wiosnę i jesień. Bo wszelkie remonty mają to do siebie, że planuje się je etapami ze względu na ograniczenia finansowe, więc trwają i trwają latami. Pal sześć dyskomfort z powodu budowlanej zawieruchy, ale ten hałas!

Cóż, byle do zimy.

/ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ