reklama

Na innych łamach

"Gość Niedzielny" nr 28

O przemianach demograficznych w Europie i w Polsce mówi ks. Tomaszowi Jaklewiczowi w "Polskim paradoksie" Nicholas Eberstadt, amerykański demograf. Wskazuje na spadek populacji, co przysporzy światu problemów.

Do wyginięcia ludności nie dojdzie, lecz czeka nas świat z mniejszą liczbą dzieci i dużą liczbą osób starszych. Prowadzi doń swoista idea autonomii jednostki. Zamiast małżeństwa ludzie wybierają właśnie opcję autonomiczną - prowadzą samotne życie, tkwiąc w bezdzietności. W ciągu dwóch pokoleń ten styl życia może totalnie zmienić świat. "Kierunek tych zmian może okazać się niewybaczalny. Zmiany w populacji wydają się dokonywać w ślimaczym tempie. I dlatego nie przyciągają wystarczającej uwagi liderów opinii publicznej, polityków podejmujących ważne decyzje lub mediów. Ale te zmiany zachodzą i przemieniają rzeczywistość." Należy wspierać rodziny, również ekonomicznie. "Ale jestem bardzo sceptyczny co do tego, żeby w sposób zasadniczy dokonała się zmiana w przyroście naturalnym ze względu na finansowe bonusy dawane przez rząd. Badania pokazują, że w zasadzie liczba dzieci zależy od tego, ile potomstwa chcą mieć kobiety. I to właśnie zależność między dzietnością deklarowaną a tą rzeczywistą jest najistotniejszym wskaźnikiem. Programy finansowe przyspieszają najwyżej decyzje o posiadaniu dzieci, ale nie zmieniają decyzji dotyczącej ich liczby. Wystarczy przyjrzeć się Polakom. Mają więcej pieniędzy, więc powodzi się im lepiej. Mają większe mieszkania, większe samochody, tylko dzieci mają mniej. Rodzina i dzieci spadły w hierarchii polskich życiowych priorytetów. Co ciekawe, generalnie ludzie, którzy deklarują wiarę w Boga, praktykują, są religijni, mają zasadniczo większe rodziny niż ludzie niereligijni. "Przyczyną, dla której USA mają wyższy przyrost naturalny niż Europa, jest to, że w Ameryce jest więcej ludzi religijnych." Polska na tym tle jawi się wyjątkiem. Należy się spodziewać, że w Polsce wkrótce albo nastąpi spadek religijności, albo wzrośnie przyrost naturalny. "Jako demograf muszę przyznać, że nie znam odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak wysoka religijność Polaków nie przekłada się na większą dzietność. To wydaje mi się paradoksem. Jeśli porównamy przyrost naturalny w Czechach, które są prawie całkowicie zsekularyzowane i w Polsce, która jest wciąż krajem ludzi pobożnych, okaże się, że te liczby są na podobnie niskim poziomie." Na załamanie się demografii niewątpliwie wpływa to, że wiele małżeństw się rozpada. Pozostający w jednym związku od dnia ślubu należą do mniejszości. Z tego wniosek, że w parze z duchowym kryzysem Europy idzie naturalna śmierć rodziny.

"Newsweek" nr 30

Cezary Michalski w tekście "W drodze do dyktatury" przypomina Rosję Putina, Węgry Orbana, Białoruś Łukaszenki, Turcję Erdogana i Ukrainę Janukowicza. "W każdym z tych krajów w ten sam sposób rozprawiono się z niezawisłymi sądami i niezależnym środowiskiem sędziowskim.

Najpierw niszczono trybunały konstytucyjne i zmieniano składy sądów najwyższych, a następnie władza obsadzała swoimi ludźmi sądy powszechne wszystkich możliwych szczebli. Dopiero potem zaczynało się regularne fałszowanie wyborów i referendów (żaden sąd najwyższy już nie podważa ich wyniku), nękanie opozycyjnych partii i ruchów społecznych (posłuszni władzy sędziowie regularnie odrzucają skargi na nadużycia służb, represje, pobicia). Przy absolutnej bierności nowego, zależnego od władzy sądownictwa, zwykli obywatele są "zniechęcani" do politycznych zaangażowań. W gospodarce zaś za pomocą arbitralnej polityki podatkowej zaczyna się odbieranie własności ludziom niezwiązanym z partią rządzącą i przekazywanie jej "patriotycznym biznesmenom" – w rzeczywistości działaczom rządzącej partii albo ich krewniakom, pociotkom, znajomym czy po prostu politycznym klientom." Polska niszcząc zasady niezawisłości sędziowskiej i trójpodziału władzy właśnie opuszcza granice liberalnego Zachodu. Wkrótce podstawowe wolności kobiet będą mogły być bez przeszkód łamane przez prawników z katolickich i nacjonalistycznych organizacji, którzy zostaną desygnowani do sądów. O legalności strajku będą – jak za PRL – decydować nominaci partii rządzącej. Tracący pracę nauczyciele, pocztowcy czy celnicy nie mają szans wygrać w sądach "dobrej zmiany". Sprawami dotyczącymi niszczenia przyrody zajmą się prawnicy wskazani przez ministra Szyszkę. Nadużyciami w policji – prawnicy rekomendowani przez ministrów Błaszczaka i Kamińskiego. Skargami żołnierzy – sędziowie wybrani przez ministra Macierewicza. Itd. Budowany w Polsce model dyspozycyjnych wobec PiS służb, prokuratur, administracji skarbowej i sądów jest swoistym układem zamkniętym. Tyle że w skali całego kraju, a nie miasta, jak to było w filmie Ryszarda Bugajskiego. Otwartą drogę do kariery autor wróży tylko ludziom, takim jak Bartłomiej Misiewicz i Małgorzata Sadurska, ślepo posłusznym partii. Kiedy sędziowie utracą niezawisłość, wyroki polskich sądów nie będą uznawane za granicą. A to oznacza ucieczkę z Polski kapitału. W Rosji np. inwestują tylko firmy mające osłonę rządów Ameryki czy Niemiec. Polska też może zostać wyłączona ze światowej gospodarki, przy społecznej aprobacie. Jarosław Kaczyński od lat zapowiadał, że po dojściu do władzy zniszczy sądownictwo w Polsce. Bo wiedział, że tylko ono może mu tę władzę ograniczyć. Niszczy zatem demokrację umocowaną w europejskich instytucjach i normach świeckiego państwa.

"Polityka" nr 29

Prezesi firm nie potrafią się dogadać z młodymi pracownikami - pisze Joanna Solska w "Smutku prezesa". Trudno obsadzić wakujące stanowiska. Sprowadzone z Zachodu działy HR (Human Resources) się nie sprawdzają. Nie są wcale lepsze niż stare działy kadr.

Przejęliśmy metody razem z nazewnictwem angielskim: rezerwuary talentów, ścieżki kariery, informacje zwrotne, czyli od pracowników do zarządu, tyle że to wszystko nie działa /.../". Wcześniej też było sporo pozorowanych działań, lecz jednocześnie starano się przynajmniej dbać o indywidualny rozwój ludzi, lepiej motywowano do bardziej efektywnej pracy. Nawet jak ktoś nie lubił korporacji, była dlań startem do dalszej kariery. Bo miał szansę dużo się nauczyć. Niestety, to już przeszłość. Zmieniło się... na gorsze. Ludzi szuka się przeważnie w sieci; potrzebni są bowiem wyłącznie jako trybiki w machinie. Oczekuje się od nich konkretnych wyników, za co się płaci. Podstawową pensję i premię. Dodatkowych form motywacji nie ma. "W obecnym świecie, gdy firmy muszą mierzyć się z zupełnie innymi wyzwaniami niż te, do których przywykły, na kreatywność pracowników w tak wyjałowionym środowisku trudno liczyć. Ludzie sprowadzeni do roli trybików nie są już zdolni do poszukiwania niestandardowych rozwiązań." Młodzi pracownicy odpłacają pracodawcom lekceważeniem pracy. "Kłamią, są nielojalni, niesolidni, a pracodawca jest ich wrogiem." Prezesi stają się coraz starsi, ale pałeczki nie ma komu przekazać. Cóż, młodzi są tacy, jak ich ukształtowano. "Nie nauczono ich współpracy z innymi, a w obecnej rzeczywistości sukcesy można odnosić przede wszystkim zespołowo /.../. Nie pielęgnowano kreatywności, wymagano schematycznych rozwiązań, karcąc za niesztampowe, ale własne rozwiązania i zamiast nich podsuwając różnego rodzaju klucze. W dodatku młodzi są dziś dobrem coraz bardziej rzadkim, więc aż do matury w szkole, a tym bardziej na studiach, nikt ich nie krytykował, żeby się nie przenieśli do konkurencyjnej uczelni. Zwłaszcza gdy płacili za naukę. Teraz mamy tego efekty." Mści się czytanie bryków zamiast książek, nawet przekonanie o biegłości cyfrowej młodych jest błędne. Diagnozy przedstawiają się zatem przygnębiająco. Ba, reforma oświaty może jeszcze wszystkie te problemy spotęgować.

"Nie" nr 25

"Bóg ubiera się Prady" – informuje Bożena Dunat. Byle jaka sutanna przeszła do historii. Duszpasterze doceniają i wygodę, i modę. Wytyczne kościelne w tym względzie raczej nie są ograniczeniem.

Wiadomo, że części stroju muszą być określone dla odprawiających mszę, również ze względu na zajmowane stanowisko w kościelnej hierarchii. Ale już dla dodatkowych ozdób specjalnych ograniczeń nie ma. Oczywiście, muszą przystawać do sakralnego przeznaczenia alb, ornatów etc. Wolno je zatem ozdabiać. Przede wszystkim stuły dają wiele możliwości haftu. Byle nie przesadzać w barwach. Niech do siebie pasują. Ikoną księżej mody jest Pontifex Maximus. Tam ubierają się papieże. Naśladujący najwyższego zwierzchnika kościelnego mają do wyboru całą gamę materiałów. Jedwab naturalny, satyna bawełniana, kaszmir... Obowiązują czarne buty. Ponoć Benedykt XVI szył trzewiki u Prady. Papieże jednak w ekstrawagancję nie idą, raczej w klasykę. Na polskiej prowincji za to szlagierem jest sutanna w stylu papieskim, z papieżem. Podobizną papieża Polaka. Przepisów dotyczących strojów cywilnych nie ma. Można poszaleć. W Kielcach część strojów zaprojektował ks. Marek Wójcik z Pasztowej Woli. "Na targach zadawał szyku w białej koszuli i czarnej marynarce, haftowanej w kolorowe kwiaty. Wyglądał bosko, choć porównując jego odzienie do szat wybieranych przez Franciszka, odniosłam wrażenie, że większej kariery w Kościele nie zrobi. Ksiądz z Pasztowej jeździ na motorze, słucha rocka, pisze wiersze, prowadzi teatr amatorski. Nic dziwnego, że oficjalna oferta ornatów wydawała mu się nudna." Zaprojektował aż 300 szat liturgicznych. Kościelną modę zaprezentowali w Kielcach młodzi piłkarze. "Najpiękniejszy wydał mi się ornat w kolorze bławatków z golfem w kwiaty" – puszcza oko do czytelników autorka.

"Forum" nr 13

Małe miasteczko na głębokim południu USA przyjmuje tysiące uchodźców rocznie – donosi "The Guardian" w tekście "Witajcie w naszej bajce".

Clarkston liczy 13 tysięcy mieszkańców. Przez ostatnie 25 lat przyjęło 40 tys. uchodźców ze wszystkich stron świata. Teraz najwięcej jest Kolumbijczyków. Poprzednie fale migracji przyciągnęły uciekinierów z Bhutanu, Erytrei, Etiopii, Somalii, Sudanu, Liberii, Wietnamu. Przybywają tu zresztą nie tylko obcokrajowcy. Również specjaliści z amerykańskiej klasy średniej. Szukają "korzyści wynikających z kulturowej różnorodności". "Jakim cudem zakurzone robotnicze miasteczko na południu USA może przyjmować 1500 uchodźców rocznie i uczyniło z tego integralną część swojej tożsamości? Okazuje się, że ważne jest nie tylko, kto przybywa w gości, lecz także kto przygotowuje powitanie." Dla wszystkich przybywających do Clarkston najważniejsze jest odzyskanie poczucia zakorzenienia. Udało się dzięki temu, że... miasteczko potrzebuje pieniędzy. Korzysta na napływie uchodźców. Dobra komunikacja, gęsto zabudowane osiedla z tanimi mieszkaniami sprzyjają aklimatyzacji przybyszów. To samo przemawia i do amerykańskich młodych specjalistów, których nie stać na życie w dużych aglomeracjach. Nie zawsze jednak panowała tu dobra atmosfera dla takiej otwartości na imigrantów i uchodźców. Początkowo podchodzono do nich z nieufnością. Z czasem się to zmieniło. Starsi są przeważnie zadowoleni z obecności sąsiadów wychowanych w innej kulturze. Przekonują, że to tacy sami ludzie jak wszyscy. Syryjski uchodźca, dziś wzięty kardiolog, przybył do Clarkston z Niemiec, gdzie spędził kilka lat. Zaczął od zmywaka. "Z zapałem wychwala atmosferę, z jaką spotkał się w mieście, i porównuje ją z chłodnym przyjęciem w Niemczech. – Przez pierwsze dwa dni w Clarkston byliśmy przerażeni. A potem zaczęli do nas pukać ludzie, którzy przynosili nam jedzenie i chcieli pomoc w nauce angielskiego. Myśleliśmy, że ci wszyscy biali to CIA! – śmieje się. W rzeczywistości wszyscy należeli do Kościoła episkopalnego. – Wyglądali inaczej niż my. Ale zmienili nasze życie – mówi. Czuje, że ma ogromny dług wdzięczności dla wszystkich, którzy udzielili mu pomocy." Podobnych historii jest wiele. Wdzięczność uchodźców nie ma granic. To ponoć trzeba samemu przeżyć! Clarkston na pewno nie jest rajem. Na obrzeżach znajdują się slumsy dla nielegalnych imigrantów. Pomagają im wolontariusze. Czy jednak taka sytuacja utrzyma się długo? Sceptycy nie dają szans podobnym programom. Niemniej jednak faktem jest, że uchodźcy wiele uczą Amerykanów, zwłaszcza w kwestii przebaczania.

"Gazeta Wyborcza" nr 139

41 proc. polskich rodziców uważa, że pożądaną cechą dziecka jest posłuszeństwo, 59 proc. – dobre maniery. A tylko 19 proc. chciałoby, aby dziecko było bezinteresowne, 23 proc. – żeby miało wyobraźnię – alarmuje prof. Krystyna Skarżyńska w wywiadzie Agnieszki Kublik "Nie płacz, jak go boli. To obcy."

Wielu dorosłych uważa, że przeszkodami do celu są dziś empatia, bezstronność i dobroć. Takim należy być wyłącznie w stosunku do najbliższych. Wobec innych - egoistą. W żadnym razie pomocnym. "Wygląda to trochę tak, jakbyśmy się cofali w procesie ewolucji. Kiedyś człowiek obdarzał życzliwością tylko członków rodziny. Stopniowo krąg się rozszerzał. Dbaliśmy o dobro przyjaciół, sąsiadów, naszej wsi czy miasta, własnych plemion, narodów, a ostatnio – przynajmniej w oficjalnych dokumentach międzynarodowych instytucji dotyczących klimatu czy zakazu rozprzestrzeniania broni atomowej – troszczymy się o całą ludzkość. W demokratycznych społeczeństwach coraz częściej troska i dbanie o jakość życia dotyczą nie tylko ludzi, ale także zwierząt." Tymczasem w Polsce takie zachowanie zaczyna być... naganne. Przyroda i uchodźcy odchodzą na daleki plan. Za to wojna okazuje się być... miejscem do wykazania dobrych cech charakteru! "Dzieci słyszą pełne pogardy dla ludzi i instytucji wystąpienia najważniejszych postaci w państwie, hierarchów kościelnych. Wiedzą, kto awansuje, kto ma władzę. /.../ Widzą wolność nie jako wartość prowadzącą do osiągania tego, co chcą, bez naruszania praw i wartości innych ludzi, ale raczej jako wolność od wszelkich ograniczeń. Obecna władza też tak lubi. /.../ Obawiam się, że dzieci w państwowych szkołach będą skazane na opowieści o wielkości narodu, o odwiecznych i nowych wrogach polskości, których należy wykryć, potem napiętnować, a jak trzeba będzie – to zabić. Będą uczone nieufności, a bez zaufania trudno o społeczną solidarność i innowacyjność." Nadzieja w liberalnych uczelniach. W liberalnych mediach. Tylko one mogą zmienić postawy konserwatywnych młodych. Jak bowiem dowodzą badania, postawy nastolatków się zmieniają przy zmianie środowiska, grupy odniesienia, autorytetów, z którymi młody człowiek zechce się identyfikować. "Nie zawsze jest tak, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Ale nasiąka tym, co jest obecnie dominujące. A to co dziś dominuje – pachnie niebezpiecznie" – przestrzega profesor psychologii społecznej.

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ