reklama

Na innych łamach

"Polityka" nr 27

"Elita znika" – ubolewa Mariusz Janicki. Ponieważ socjolodzy na ogół kwestionują istnienie elity rozumianej jako zbiór osób wyróżniających się w jakiejś dziedzinie, dziś politycy kreują ją na wroga – kogoś na kształt mitycznego uchodźcy. Ponad połowa Polaków za elity uważa ludzi bogatych i wpływowych.

Tylko 20 proc. zgodziło się – w przeprowadzonym dla tygodnika badaniu - ze stwierdzeniem, że "Elita to ludzie zasługujący na szacunek z racji intelektu, kompetencji i postawy moralnej". Wyraźnie widać, że elitarność kojarzy się głównie z pieniędzmi i wynikającymi z tego możliwościami, a pozostałe wyróżniki społecznego statusu, istotne niegdyś np. dla inteligencji, schodzą na drugi i trzeci plan." Co znamienne, 19 proc. uznało, że "elita, to grupa społeczna, która zdobyła majątek w okresie transformacji i wykorzystuje swoją pozycję dla realizacji własnych interesów." To pogląd bliski temu, który lansuje PiS. Według tej partii, elity to ludzie w jakiś sposób powiązani z PRL, teraz "odrywani od koryta". Poza najbogatszymi, Polacy do elity zaliczają też celebrytów oraz właścicieli i kadrę kierowniczą w mediach. Zaraz za nimi plasują się politycy i lekarze. Ale już niekoniecznie radni. Wyraźnie niżej znajdują się naukowcy, a na samym dole... nauczyciele, niegdyś tworzący inteligencję! "Przedsiębiorcy uzyskali 59 proc. wskazań, oficerowie wojska i policji – 54 proc. Księża – tylko 48 proc." Z tego wynika, że w oczach Polaków za elitarnością kryje się dostęp do pieniędzy, a nie pozycja społeczna, wykształcenie, nie mówiąc o wiedzy. Nic dziwnego, że tak wyobrażone elity trudno bronić; łatwo je natomiast atakować. Ba, większość Polaków do elit aspirować nie chce; nie wierzą, że mogą się w niej znaleźć. "Podnoszenie przez PiS wagi wspólnotowości i rodziny jako jedynych de facto form funkcjonowania w społeczeństwie z natury rzeczy godzi w tzw. elity, bo te wymagają indywidualizmu, rywalizacji i selekcji. /.../ Ta "równościowa" tendencja /.../ może /.../ oznaczać początek społecznej stagnacji, specyficznego fatalizmu, niewiary w zdolność przekroczenia własnych ograniczeń wynikających z pochodzenia, statusu, słabych aspiracji. Tyle że dewastując elity, niszczy się punkty odniesienia, wzorce karier czy życiowe cele. "Polska zapłaciła zbyt wysoką cenę za przetrwanie resztek swej elity, by dzisiaj przedstawiać ją jako nowe wcielenie amerykańskiej stonki i organizować przeciwko niej medialną nagonkę" – przestrzega za socjologiem Pawłem Kowalem, autor.

"Nie" nr 23

Joanna Skibniewska w "Opozycji w policji" rozmawiała z doświadczonymi policjantami z Pomorza o bestialskim zachowaniu mundurowych z wrocławskiego komisariatu w stosunku do Igora Stachowiaka.

Zadała im krótkie pytanie: dlaczego policjant z Wrocławia to zrobił? Oto, co usłyszała: "Bo był głupi i bezkarny przez wszystkie lata służby. Bo miał ustawionych bliskich /.../. Był w gronie bliskich szefów, czyli cokolwiek by zrobił, to się mu pomoże... Pamiętaj jedno: ten człowiek nie zepsuł się w służbie /.../. On był bydlakiem już wtedy, gdy go przyjmowano do roboty. Miał zachowania psychopatyczne już w szkółce. Wszyscy musieli to wiedzieć."/.../ Nadzór nie istnieje. Jednostki kontrolne wykorzystywane są tylko do niszczenia niepokornych. /.../ Bo dyscyplinarki mają policjanci niepokorni, niesubordynowani, którzy jakoś zaleźli za skórę przełożonemu, a nie takie bydlaki. /.../ Ja miałem 15 postępowań. /.../ A wiesz dlaczego? Bo nie chciałem donosić na mojego partnera z patrolu, na którego zagięli parol. Wiesz, co się dzieje, gdy funkcjonariusz napisze raport albo skargę na przełożonego? Uzasadniony oczywiście. Przeciwko niemu, nie przeciwko przełożonemu, rusza cały sztab kontrolny. Wali mu się dyscyplinarkę za dyscyplinarką, a jak się trzyma i jest twardy, to robi się z niego wariata i usuwa ze służby ze względu na stan zdrowia. /.../ Zgodnie z przepisami można każdą sprawę zamieść pod dywan /.../. Tu rządzą zależność i a nie prawo. Kto z kim jest powiązany. Jeśli policjant albo jego przełożony ma plecy, to może chlać w jednostce, molestować kobiety, jeździć po pijaku i nikt mu nic nie zrobi. Umożliwiają to przepisy i przede wszystkim ludzie, którzy mają je stosować. Dyscyplina w policji to mit, to jest prawnie usankcjonowane bezprawie. I zaczyna się od góry. /.../ Jest garstka policjantów, którzy przeszli normalną robotę policyjną i te jednostki są wzorowe. Tam się chce pracować, ale to rzadkość. Zwykle przełożeni są z klucza. /.../ Nic nie wiedzą o robocie. I zwykle nie powinni rządzić ludźmi. /.../ Mnie kiedyś staruszka lała parasolką na środku ulicy, a potem zostałem wezwany przez komendanta, który mnie zjebał, że nadszarpnąłem wizerunek policji. Powiedział, że powinienem ją wciągnąć w ciemną bramę i "porozmawiać jak trzeba". /.../ Mój przełożony woził radiowozem Rydzyka, a my na piechotę chodziliśmy na interwencję. /.../ Jak się chce wytrwać w tej firmie, trzeba nie widzieć, nie słyszeć i nie mówić."

"Przegląd" nr 25

Cudzoziemcy są zdumieni, że Duńczycy zostawiają płaszcze w niestrzeżonej szatni w operze kopenhaskiej – donosi Malene Rydahl w tekście "Ufam innym ludziom". Ba, na wsiach, przy słonecznej pogodzie pełno przydrożnych straganów z warzywami i owocami. Nie widać przy nich sprzedających. Bo rzeczywiście ich nie ma. Jest za to garnuszek, w którym zostawia się pieniądze za wybrane produkty.

"Rolnicy są nawet tak uprzejmi, że zostawiają trochę monet, żeby klient mógł wydać sobie resztę." Z badań wynika, że aż 78 proc. Duńczyków ufa ludziom w swoim otoczeniu. To światowy rekord! W pozostałych państwach przeciętny poziom zaufania wynosi 25 proc. Z wyjątkiem Skandynawii, która zajmuje wszystkie czołowe miejsca. Na dole listy znalazła się Brazylia z 5 proc. zaufaniem. Niedaleko od niej są inne kraje Ameryki Południowej i Afryki. Nawet Francja i Portugalia uzyskały wynik poniżej średniej. Ponad siedmiu na dziesięciu Francuzów nie ufa rodakom. Amerykanie ufają sobie częściej, ale już Anglicy – rzadziej. W przypadku zaufania Duńczyków do instytucji, poziom jest jeszcze wyższy i wynosi 84 proc. Nie ma wątpliwości, im bardziej ludzie sobie ufają, tym są szczęśliwsi. Czasopismo "Reader`s Digest" przeprowadziło osobliwy eksperyment. "Organizatorzy upuścili 1100 portfeli na ulicach miast w różnych częściach świata. Każdy portfel zawierał odpowiednik 50 dol. w lokalnej walucie oraz dane kontaktowe właściciela. Celem było sprawdzenie, ile osób zatrzyma znaleziony portfel, a ile go zwróci. W duńskim mieście Aaloborg (130 tys. mieszkańców) zwrócono wszystkie portfele wraz z pieniędzmi. Średnia ze wszystkich miast wyniosła niewiele ponad 50 proc. Eksperyment pokazał, że prawdopodobieństwo odzyskania zgubionych rzeczy jest w wielu państwach, m.in. w Meksyku, Chinach, Rosji i we Włoszech, bardzo niskie. W Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii portfel zwróciło 67 proc. osób, co jest niezłym wynikiem." Duńscy rządzący przekonują, że zaufanie to nawet źródło oszczędności gospodarczych! Znacznie mniej kosztuje np. zaufanie do bezrobotnych niż sprawowanie nad nimi nadzoru. Nie bez kozery Duńczycy są dumni ze swojego systemu opieki społecznej. Podczas korzystania z pomocy państwa absolutnie nie zachowują się w sposób nieuczciwy! "We wrześniu 2012 r. młody mężczyzna /.../ zadeklarował publicznie, że woli korzystać z zasiłku dla bezrobotnych niż przyjąć nieciekawą dla niego ofertę pracy w sieci fast food. Duńczycy przeżyli szok. Jak można tak bezwstydnie naciągać system."

"Newsweek" nr 28

Kiedyś, żeby utuczyć rodzinę, trzeba było się nieźle nagimnastykować. Dziś, przy pełnych półkach wszelakiego towaru, jest to bardzo proste. Pseudojedzenie, nie dość że tanie, jest pełne trujących tłuszczów i równie trującego syropu glukozowo – fruktozowego. Zajadają się tym wszystkim i dorośli, i dzieci – alarmuje Anna Szulc w "Polaku w rozmiarze XXL".

Problemy z nadwagą ma już 70 proc. z nas. Co czwarty choruje na otyłość. W 2030 r. dotknie ona co trzeciego Polaka. Szykuje się pandemia, a może już jest, gdyż należymy do jednego z pięciu najbardziej "puszystych" narodów Europy! Światowa Organizacją Zdrowia uznała otyłość za najgroźniejszą współczesną chorobę przewlekłą. Nieleczona, prowadzi do rozwoju innych poważnych chorób, np. układu krążenia, cukrzycy typu 2, zaburzeń metabolicznych i hormonalnych. Zwiększa ryzyko różnego rodzaju nowotworów i... niepełnosprawności. Dorośli najczęściej sięgają po boczki, kiełbasy, dzieci wolą chipsy i batony. A jeśli do tego dochodzi brak ruchu, siedzenie z laptopem i komórką oraz stres, zaczyna przybywać kilogramów. W ślad za dorosłymi tyją dzieci. "31,2 proc. ośmiolatków w Polsce ma nadmierną masę ciała. Z niebezpieczną otyłością zmaga się 12,7 proc. Jeśli chodzi o otyłe 11 latki – przodujemy w Europie. Co 10. ośmiolatek w Polsce ma nieprawidłowy poziom skurczowego ciśnienia tętniczego krwi, a to może oznaczać rozwój choroby metabolicznej, typowej tylko dla dorosłych. /.../ Eksperci są zgodni, że nadwaga polskich dzieci to wynik przekarmienia, jedynie w kilku procentach wina genów czy chorób. Mówiąc wprost – to efekt głupoty dorosłych. Bo winę za tuczenie dzieci ponoszą głównie rodzice." Zwykle niedouczeni i leniwi, nie zwracają zupełnie uwagi na takie drobnostki, jak kalorie czy wypełniacze jedzenia. Ba, często dzieci otyłych rodziców przejmują osobliwy sposób myślenia. Obawiają się, że próba zmiany masy ciała przez nie, może być uznana za brak lojalności wobec rodziców! Co ciekawe, w wirtualnej przestrzeni otyli nie istnieją. Rzadko robią sobie zdjęcia. Nie ma ich na siłowniach. Nigdzie nie pasują do zgrabnych sylwetek. Tyle że właśnie na gimnastyce powinni przeważać. "Żyjemy w kraju, w którym domowe śniadanie i obiad stały się luksusem. Dorosłym nie chce się przygotować dziecku porządnego posiłku, a czasem faktycznie nie mają czasu. Spędzają go w biurach, samochodach, metrach i windach /.../." Może wszyscy odżywialiby się nawet prawidłowo, lecz nie mają wiedzy na temat szkodliwości śmieciowego jedzenia. "Dwunastolatkowi, który waży 190 kilogramów, nie pomogą promocje potraw z dodatkiem trawy cytrynowej i nasion chia, nawet /.../ zakazy w sklepikach (szkolnych – przyp. ewa) nic mu nie pomogą. Pomoże tylko system połączonego leczenia z wielu dziedzin, a takiego systemu w Polsce nie ma." Bo ludzie z otyłością wymagają porad i kontroli u chirurga, diabetologa, kardiologa, a niekiedy i psychiatry. Nieleczeni, zostaną sami z otyłością. Przez chorobę stracą pracę, a potem obciążą państwo rentą.

"Forum" nr 12

Lekarka Rilke Holonski – Feder popiera badania nad embrionami. Wyjaśnia zarazem, jak daleko wolno się posunąć w spełnianiu pragnień rodziców, którzy chcą mieć zdrowe dziecko. "Nie ma życia bez ryzyka" – twierdzi w tak zatytułowanym wywiadzie dla "Der Spiegel". Ale dodaje, że nie każda nowinka naukowa wiąże się z nieszczęściem dla ludzkości.

Kiedy wynaleziono rentgen, ludzie również obawiali się, że zdjęcia obnażą ludzką duszę ... Badania nad zarodkami trzeba jednak potraktować odpowiedzialnie. Zmiany w sekwencji genów na pewno przecież przyniosą wydatną poprawę w życiu pacjentów już dotkniętych nieuleczalnymi dotąd chorobami. Obecnie badania nad wyizolowanymi komórkami wiele obiecują np. w hemofilii, gdzie mała grupa komórek macierzystych mogłaby zwiększać choćby aktywność czynników krzepnięcia krwi. Podobne rozwiązania przydałyby się także i w zwalczaniu wirusa HIV. Tyle że niepotrzebnie wielu genetyków sprawia dziś wrażenie, jakby byli bogami i potrafili w ogóle wyeliminować choroby genetyczne. "Zdobyliby o wiele większą społeczną akceptację, gdyby powiedzieli, że ta metoda może pomóc poszczególnym ludziom cierpiącym na raka lub ciężką chorobę metaboliczną. Nie mam zresztą wątpliwości, że nigdy nie uda nam się w pełni wyeliminować chorób o podłożu genetycznym. Zdecydowana większość powstaje dopiero w okresie embrionalnym. Nie sposób ich przewidzieć i dlatego nie można ich wyrugować." Tym bardziej że nasz genom ulega ustawicznym zmianom – to istota ewolucji. Nikt zatem nie może przewidzieć, co grozi potomstwu. Za część upośledzeń odpowiadają spontaniczne zmiany genetyczne. Niekoniecznie rodzice muszą być nosicielami schorzenia. Dlatego usuwając w materiale genetycznym jedną wadę, można narazić embrion na inne, równie groźne. Badania nad embrionami są jednak potrzebne. Co nie znaczy, że należy je wykorzystywać zgodnie z oczekiwaniami potencjalnych rodziców dzieci i manipulować genetyką. Przecież w wielu chorobach można stosować terapie, które prowadzą do całkowitego wyleczenia. "Nie akceptuję też badań pod kątem dziedzicznych nowotworów. Mniej więcej jedna na 300 osób w Niemczech ma genetyczne predyspozycje do raka sutka, a jedna na sto jest poważnie zagrożona guzem nowotworowym. W takich przypadkach można stosować intensywną profilaktykę i są możliwości terapii. Uważam za niewłaściwe sięganie po PGD przy takich obawach. Z drugiej strony nie mam prawa planować innym ludziom rodziny. Dlatego uważam za korzystne, że komisje etyczne zdejmują z nas ciężar decyzji."

"Wysokie Obcasy extra" nr 6

Coraz mniej osób liczy się z roślinami – martwi się rozmówczyni Michała Nogasia, Anne – France Dautheville, francuska dziennikarka i pisarka, która w latach 70. objechała samotnie świat na motocyklu. Tyle że "Natura przetrwa. My znikniemy". Ten tytuł wywiadu jest zarazem jego podsumowaniem, co optymistycznie nie brzmi.

"Od dawna wyznaję teorię, że w procesie tworzenia naszej planety człowiek zajął ostatnie i wcale nie najważniejsze miejsce. Jest mniej ważny od pieczarki. Trafiliśmy na Ziemię po to, by wszystko, co żyje dookoła nas, podporządkować sobie i zniszczyć. /.../ Gdy już zniszczymy ten znany nam świat, powstanie nowy /.../. Ale nie będzie już na nim ludzi, lecz ewentualne podobne do nas formy wyłonią się po milionach lat. Znamy to dobrze z historii, a ona lubi się powtarzać. Pamiętajmy, że nigdy nie wygramy z naturą. Ona ma niebywałą siłę i zdolność przetrwania. Martwimy się o świat, o środowisko, o jakość i kondycję życia, o to, że się udusimy, że będziemy się zabijać z powodu przeludniania. To wszystko bardzo prawdopodobny scenariusz. Jednak natura przetrwa. To my znikniemy." Aż prosi się pytanie, czy bycie niszczycielem jest właśnie rolą człowieka? Może jesteśmy narzędziem jakiegoś planu? Dziś jednak martwić się nie ma co. Pozostało nam jeszcze sporo czasu. Miliardy lat, zanim planeta eksploduje. Co nie znaczy, że nie należy jej i sobie pomagać. "Zauważam już światełko w tunelu, niewielkie, ale jednak. Kilka dużych ogrodów zoologicznych zaczęło przekazywać sumy na ratowanie ginących gatunków zwierząt, by dzikie osobniki wciąż mogły występować w znanym ekosystemie. Jednocześnie muszą się znaleźć pieniądze na edukację ludzi, przecież jeśli nie wyjaśnimy im, że polując na ostatnie dzikie osobniki, doprowadzą do zagłady gatunków, nic się nie zmieni." Francuska wydała niedawno książkę "Sekrety roślin". Pasjonuje się bowiem ogrodnictwem. Pełno w niej anegdot. Jak ta o koprze włoskim. Roślina nienawidzi sąsiadów. Przy doniczce z koprem ustawiono pudełka, a w nich nasionka papryki. Przykryte. Mimo że były odgrodzone od świata, zaczęły szybko rosnąć. Okazało się, że papryka wyczuła zagrożenie. Chciała, zanim umrze, wydać na świat kolejne pokolenie. Nie zmieniło tego nawet przeniesienie papryki do hermetycznego pojemnika! Wciąż papryka odbierała sygnały od nieprzyjaznego kopru. Specjaliści słuchają świata roślin. Istnieje niesłyszalny przez ludzi język, w którym padają komunikaty typu: "Ej, ja tu rosnę, uciekaj stąd, bo będę zabijał!" lub bardziej przyjaźnie: "Ej, ja tu rosnę, ale chętnie podzielę się z tobą wodą". Zdarzają się przyjaźnie między rzekami i drzewami, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Rzeka pomaga im przeżyć. Dzięki skomplikowanemu systemowi korzeni wdziera się na ląd nawet na dwa trzy kilometry i nawadnia drzewa...

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ