reklama

Na innych łamach

"Młodzi są jacyś inni" – uważa filozofka Agata Bielik – Robson, rozmówczyni Renaty Kim. Większość szczególnie politykę ma w nosie. Zupełnie nie znają PRL –u, przeważa u nich głęboka nieznajomość rzeczywistości. Tkwią przy tym w konflikcie pokoleniowym.

Wyrośli w Internecie, więc buntują się przeciwko starszym, do Internetu zdystansowanym. Hasłem buntu młodych jest dziś antyliberalizm, na przekór pokoleniu ich matek i ojców, kojarzonych z liberalizmem właśnie. "Dla młodocianego prawaka to brukselska zaraza lewacka, która kojarzy się wyłącznie z aborcjonizmem, feminizmem, gejami, fałszywymi językami emancypacyjnymi, osłabianiem religii, narodowej suwerenności i tak dalej. A z kolei dla młodocianego lewaka liberalizm to przede wszystkim reformy Balcerowicza. Nazwać kogoś liberałem to największa obelga." Młodzi nie rozumieją, że to co jest, przyszło ich rodzicom z ogromnym wysiłkiem. Traktują zdobycze III RP bez szacunku, jak powietrze, którym się naturalnie oddycha. Kombatanctwo starszych wyśmiewają, tym bardziej że starsi mieli etaty, a młodzi pracują teraz na śmieciówkach. Nie można się jednak tej narracji poddawać. Trzeba się bronić przed arogancją młodzieży. Ta jest bardzo roszczeniowa. Na dodatek bez politycznego zmysłu. "Nie rozumieją (młodzi –przyp.ewa), jakie są prawdziwe priorytety polityczne. Sądzą często, że i owszem, PiS jest złe, ale jeszcze gorsi są liberałowie. Kiedy się tak rozumuje, buduje się w Polsce szkodliwą opozycję." A Polsce jest potrzebna proliberalna socjaldemokracja. Nie antysystemowa i populistyczna, lecz potrafiąca się dogadać z liberałami i nawiązać ciągłość z procesem transformacji. Przytomności młodemu pokoleniu naprawdę brakuje. "Młodocianej prawicy się wydaje, że Polska jest mocarstwem Międzymorza i rozdaje karty w regionie. Nie widzi, że tak naprawdę jesteśmy dosyć słabym graczem, który w każdej chwili może wpaść w rosyjską strefę wpływów, a wszystko, co PiS robi, temu sprzyja. Z kolei lewicowcy żyją sobie w wirtualnym Sztokholmie albo wirtualnym Nowym Jorku, zupełnie nie rozumiejąc, że Polska nie może jeszcze spełnić warunków dojrzałych zachodnich demokracji, które pracowały na to przez wieki. Choćby dlatego, że za silny jest u nas Kościół katolicki i nie rozwinęła się jeszcze świecka strefa publiczna, konieczna dla wyłonienia się pewnych reform obyczajowych." Młodzi tkwią w letargu, uważając, że: starzy histeryzują, ale... mają to, na co zasłużyli. Bo... wszystko zepsuli. Powinni ustąpić młodym, którzy naprawią Polskę. Tyle że w rzeczywistości młodzi Polacy wciąż śnią. W przeciwieństwie do młodych londyńczyków na przykład. Ci wydają się bardziej przytomni. Bo docierają do nich zasady rzeczywistości. Podczas studiów pracują, często w supermarkecie na kasie, żeby opłacić naukę. Szybciej więc dojrzewają. Młodym Polakom zaś brakuje mądrego pragmatyzmu.

"Polityka" nr 26

Do końca wakacji cała Polska ma obowiązek się zdekomunizować. W Dębicy na przykład ulicę Młodości zmieniono na ulicę Młodości, a Braterstwa Broni na Braterstwa Broni, ale teraz jest już właściwa młodość i odpowiednie braterstwo – komentuje Juliusz Ćwieluch w "Zmiennikach".

Ludwik Waryński tamże szczęścia jednak nie miał. Nie komunista, bo socjalista, lecz... figurował na peerelowskim banknocie stuzłotowym, co go przekreśliło. Żeby było ciekawiej, L. Waryńskiego zamieniono na innego socjalistę, Ignacego Daszyńskiego. Według danych IPN do zmiany jest ok. 1500 komunistycznych nazw. Tyle że samorządy, zwłaszcza te związane z PiS, listę powiększyły. I grzebią w ulicach. Niektóre nazwy nawet pozostawiają. Nadają im za to nowe uzasadnienia. Braterstwo Broni jest amerykańskie, a Wojsko Polskie na pewno nie ludowe. Młodość zaś ma się kojarzyć z zapałem i entuzjazmem do zmiany oblicza świata. Dąbrowszczacy się, niestety, nie obronią. Stanowisko IPN w tej kwestii jest bezwzględne. Mają zniknąć z publicznej przestrzeni. Choć pierwsi polegli na wojnie z faszyzmem. "Pozbywanie się starych bohaterów służy tworzeniu nowych. Wśród kandydatów na lepszych patronów ulic dominują oczywiście żołnierze wyklęci, ale mocną pozycję ma również Lech Kaczyński, Lech i Maria Kaczyńscy oraz prof. Lech Kaczyński. W niektórych miastach, jak na przykład w Radomiu, zgłoszone zostały wszystkie trzy pozycje. Prezydencka para ma już pomnik, ale lokalny PiS uznał, że to za mało. Tym bardziej że oddalone o 40 km Starachowice mają nie tylko rondo prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ale też ulicę Jadwigi Kaczyńskiej." Uznany socjolog zauważa, że PiS nie dość że wycina całą warstwę doświadczenia historycznego Polaków, to jeszcze definiuje nową wizję świata. Na tym micie zamierza zbudować nowy ustrój. Czy na pewno? Na narzuconych odgórnie nowych symbolach? "Senator Mamątow, który rozpędził lustracyjną karuzelę, skutki wprowadzenia ustawy w życie widzi raczej w pozytywach. - To przecież jest dla ludzi", by się im odpowiednio kojarzyło - tłumaczy. "Senatorowi Mamątowi realizacja ustawy na przykład w ogóle nie kojarzy się z Orwellem" – konkluduje autor.

"Gość Niedzielny" nr 25

Szacuje się, że na chorobę alzheimera cierpi ok. 30 mln ludzi na całym świecie. W Polsce dotyka ona ok. 400 tys. osób, ale ta liczba stale rośnie – informuje Tomasz Teluk w tekście "Państwo o nich nie pamięta".

To jedna z najbardziej uciążliwych i przewlekłych chorób cywilizacyjnych. Bardzo krytyczny raport dotyczący systemu opieki nad chorymi przedstawiła właśnie Najwyższa Izba Kontroli. Istniejące rozwiązania są dalekie od potrzeb. "Przede wszystkim w zakresie stawiania trafnej diagnozy, umożliwiającej szybkie rozpoczęcie leczenia hamującego rozwój schorzenia. Kuleje także oferta medyczna dla chorych oraz ich rodzin. Ogólnie rzecz biorąc, państwo nie zdaje sobie sprawy ze skali problemu i nie wytworzyło odpowiednich narzędzi do jego rozwiązania." Tymczasem choroby otępienne wymagają coraz większych nakładów finansowych. Koszty leczenia demencji przekraczają już 800 mld dolarów i na tym nie koniec. Bo do 2050 r. liczba dotkniętych chorobą wzrośnie trzykrotnie. W Polce o drugie tyle. Wszak społeczeństwo się starzeje. Po 65. roku życia w Polsce może żyć jakieś 10 mln ludzi! NIK podkreśla zatem, że każde opóźnienie początków objawów choroby o 5 lat może zmniejszyć również liczbę zachorowań. Alzheimer to choroba całej rodziny. Nieodzowna jest bowiem całodobowa opieka nad chorym. Szczególnego poświęcenia wymaga ostatnie jej stadium. Niestety, w Polsce pamięci się nie bada u ludzi po 60., choć powinno to być badanie rutynowe. "Z raportu NIK wynika, że Ministerstwo Zdrowia w latach 2014 – 2015 nie dysponowało nawet rzetelnymi danymi na temat skali problemu. Brak było programów dedykowanych chorym na alzheimera i ich rodzinom. Kulało także wsparcie osób starszych, a jeśli było obecne, to na niewielką skalę. Z przeprowadzonej kontroli wynika, że ministerstwo nie podjęło właściwych działań i zaniedbało problem, zwłaszcza w dziedzinie wyodrębnienia go jako osobnego obszaru, co umożliwiałoby indywidualizację opieki zdrowotnej." Standardy w tej dziedzinie pozostają wciąż na niedostatecznym poziomie. I nic nie wskazuje na to, by miało się zmienić. Specjalnych programów dla chorych i ich rodzin nie będzie, bo - jak tłumaczą urzędnicy – wciąż nie określono przyczyn choroby i nie ma skutecznych na nią leków. Resort nie widzi też potrzeby zwiększenia zakresu badań przesiewowych, pozwalających wykryć chorobę we wczesnych stadiach. Niby Plan Alzheimerowski, opracowany przez organizacje pozarządowe, istnieje i to od 2011 r. Tyle że nikt nie chce go uruchomić. Najlepiej przecież jest wrzucić chorobę alzheimera do... worka z geriatrią.

"Duży Format" nr 22

"I ty będziesz pracującym trupem" – obawia się Carl Cederstrom, sztokholmski etyk biznesu, rozmówca Agnieszki Jucewicz. Praca tak zdominowała dziś życie, że ludzie nawet o niej śnią. Rozwiązują we śnie konkretne, służbowe problemy.

Niby pracujemy mniej, lecz praca jest obecna w naszych umysłach praktycznie 24 godziny na dobę. I to siedem dni w tygodniu. 37 proc. Brytyjczyków budzi się w nocy, żeby sprawdzić służbowe maile! To nowe technologie ułatwiły wdarcie się pracy do prywatnego życia. A przecież to właśnie o tę granicę między jednym a drugim w połowie lat 30. ub. wieku walczył ruch robotniczy. Żeby oddzielić pracę od odpoczynku. I co? Jak widać, na darmo. Wciąż powstają nowe techniki, żeby robić jeszcze więcej i jeszcze szybciej. Pod płaszczykiem "wielkiej rodziny" korporacje wymagają bardzo określonych wyników w bardzo określonych warunkach. Żadne wspólne zabawy i śpiewanie piosenek tego nie zmieniają. Wszyscy mają być w pracy autentycznie szczęśliwi. Pracownik, który jest obecny w pracy ciałem, ale nie duchem, to zły pracownik. Uszczęśliwia się zatem ludzi na siłę. "Cel jest zawsze ten sam – sprawić, żeby pracownik był bardziej efektywny. Po to m.in. zatrudnia się coachów, terapeutów, wysyła pracowników na kursy mindfulness. Kryje się pod tym założenie, że szczęśliwy pracownik to dobry pracownik. Ironia polega na tym, że tak naprawdę nie ma na to jednoznacznych dowodów. Szczęście i wydajność to dwie różne sprawy. Kolejna ironia – my już nie potrzebujemy szefa tyrana. W dużej mierze sami to sobie robimy. /.../ Sami przykręcamy śrubę, sami ciągle się ulepszamy, na przykład zdobywamy nowe umiejętności w czasie pracy i poza nią." Wymaga się dziś bowiem od pracowników, żeby traktowali siebie jak towar, a zatem dbali o swą rynkowa wartość i atrakcyjność. Tyle że rodzi to zagrożenia. Pierwszym jest wzmożony niepokój. Wynika z poczucia odpowiedzialności za każdy wybór – zawodowy i prywatny. "Jeśli coś pójdzie nie tak, to nasza wina." Zagrożeniem jest też poczucie wyobcowania, izolacji od wspólnoty. Wszystkich postrzega się jako rywali. Wyobcowanie prowadzi z kolei "do gniewu, poczucia niesprawiedliwości, zwłaszcza kiedy ta walka o miejsce pracy nie przynosi pożądanych skutków. Sytuacja na runku pracy już jest trudna, a będzie jeszcze trudniejsza. Brytyjskie badania pokazują, że za dziesięć lat 30 proc. pracowników to będą osoby samozatrudnione. Już teraz próbujemy się jakoś ratować, sami sobie wymyślając nowe zawody. Na końcu jest poczucie bezładu, bezradności."

"Przegląd" nr 24

Przemysław Prekiel ostrzega: "Nie delegalizować ONR!" Może to bowiem przynieść skutek odwrotny do zamierzonego.

Rzeczywiście, po dojściu do władzy PiS brunatna siła nasiliła swą działalność, choć niedawno była tylko politycznym planktonem. Dziś nabiera mocy i wypływa na powierzchnię. "Nie da się ukryć, że korzysta z biernej postawy władzy, dla której młodzież mająca patriotyzm na ustach jest wzorem i rzecznikiem młodego pokolenia. Problem ONR pojawia się nie tylko na politycznych salonach, ale również w instytucjach wymiaru sprawiedliwości, gdzie można się dowiedzieć, że swastyka to symbol szczęścia, a nie ideologii nazizmu." Głoszonej przez ONR ideologii, obecnej w publicznych mediach, zdelegalizować się nie da. Można ją tylko wypierać ze społecznej świadomości poprzez edukację. Tyle że w szkołach promuje się akurat postawy sprzyjające krzewieniu prawicowej ideologii. Z badań wynika, że polska młodzież jest niemal wyłącznie prawicowa. "Obserwuje się zjawisko darwinizmu społecznego, skrajnego indywidualizmu, gloryfikowania "żołnierzy wyklętych", wrogości do jakiejkolwiek postawy lewicowej, otwartej i tolerancyjnej." Ba, ONR sam przyznaje, że antysemityzm w jego wydaniu wygląda jak przed II wojną światową. Autor przypomina, że były to m.in. getta ławkowe, przeznaczone dla żydowskich studentów, którzy nie mogli siedzieć razem z polskim koleżeństwem. Szkoda, że media tego nie przyjmują do wiadomości, zapraszając na medialne debaty ludzi o jawnie nacjonalistycznych i ksenofobicznych poglądach. "Zapomnijmy zatem o delegalizacji ONR, która w obecnych warunkach politycznych nie ma szans. Zacznijmy w końcu promować wśród młodych ludzi postawy i formy działalności, które zbliżą ich do idei otwartości i tolerancji. Przed wojną przeciwwagą była PPS z potężną siecią organizacji młodzieżowych, harcerskich i sportowych. Dopóki lewica nie wykształci w sobie takiego przekonania, dopóty ONR będzie rósł w siłę, a ewentualna delegalizacja, nawet jeśli zostanie kiedyś przeprowadzona, nie osłabi wśród młodych nacjonalistycznych i ksenofobicznych zachowań." Jest jeszcze państwo, które ma mechanizmy, żeby bronić społeczeństwo przed brunatną siłą i... promować zupełnie inne postawy.

"Nie" nr 22

Istniejący od 27 lat na polskim runku tygodnik Jerzego Urbana przeżył 16 rządów i pięciu prezydentów różnych opcji politycznych. W tekście "Niemowy z PiS" redakcja donosi, że tak źle jak teraz z dostępem do informacji nie było nigdy.

Dla dziennikarza narzędziem pracy jest... rzecznik prasowy. "Dobry rzecznik prasowy – a jest ich bardzo niewielu – służy do tego, aby bez posługiwania się kłamstwem i w granicach prawa zniechęcić dziennikarza do krytyki lub rzucić na sprawę takie światło, by z materiału nic nie wyszło." Tyle że obecnie rzecznicy po prostu lekceważą dziennikarzy. Nie odpowiadają na ich pisemne pytania, co jest niezgodne z obowiązującym prawem. I tak, już ponad 500 dni minęło, jak nie nadeszła odpowiedź z ZUS na temat współpracy zakładu z firmą Asseco (Prokom). Spytał o to autor, kiedy przygotowywał artykuł na temat nieprawidłowości w ZUS – ie właśnie. Ponad 200 dni MON ignoruje pytania, w jakim celu resort wysłał na Ukrainę 3 zespoły bojowe polskich komandosów. I dalej: "Czy o tej akcji powiadamiano NATO, czy sojusznicy wyrazili na nią zgodę? Czy obecność polskich komandosów w strefie przyfrontowej nie stwarza zagrożenia dla ich życia? Czy obecność ta nie może być wykorzystana przez ośrodki wrogie Polsce?" Itd. W prasie się zatrzęsło po opublikowaniu na ten temat artykułu, ale odpowiedź na pytania nie nadeszła. Prawie 200 dni MON nie odpisuje, na jakiej podstawie Reprezentacyjny Zespół Artystyczny Wojska Polskiego miał wystąpić na urodzinach Radia Maryja i kto za to płaci? Ponad 65 dni temu spytano Kancelarię Prezesa Rady Ministrów o koszty fruwania premier Beaty Szydło do domu. I nic. 50 dni już redakcja czeka na odpowiedź od rzecznika Polskiej Grupy Zbrojeniowej o plany zatrudnienia Bartłomieja Misiewicza na stanowisku pełnomocnika zarządu ds. komunikacji. Chodziło zwłaszcza o wysokość wynagrodzenia, na co resort pozostał głuchy. A przecież "każdy obywatel – nie tylko dziennikarz – ma prawo bez podania przyczyny zadawać pytania władzom oraz innym podmiotom wykonującym zadania publiczne. Na odpowiedź mają 14 dni, a jeśli to za mało – muszą poinformować pytającego o powodach opóźnienia. I wyznaczyć termin odpowiedzi nie dłuższy niż 2 miesiące." Pisowscy urzędnicy do perfekcji opanowali sztukę milczenia, choć za takie zachowanie przysługuje każdemu pytającemu złożenie skargi do sądu administracyjnego. Mało! "Kto wbrew ciążącemu na nim obowiązkowi, nie udostępnia informacji publicznej, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku" (art. 23 ustawy o dostępie do informacji publicznej). Redakcja mając dość czekania, złożyła zawiadomienie do Prokuratury Krajowej o możliwości popełnienia przestępstwa. O postępach będzie informować na bieżąco czytelników. Jeśli ktoś oczywiście zajmie się sprawą.

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ