reklama

Na innych łamach

"Newsweek" nr 26

"Ta wrogość wisi w powietrzu" – mówi Małgorzacie Święchowicz prof. Bassam Aouill, psycholog, mieszkający w Polsce od 1994 r. Przyjechał do nas, bo musiał uciekać z Syrii przed reżimem swojego kraju, jako działacz syryjskiej opozycji.

Pierwszy raz trafił do wiezienia mając 17 lat. Później miał kłopoty na studiach, wreszcie w pracy. Pozostało mu tylko jedno, żeby znów nie trafić do więzienia – musiał wyjechać. Polskę poznał podczas jednego z wcześniejszych urlopów. Miał tu znajomych, uczelnia akurat poszukiwała specjalistów. I się zadomowił. Polska po transformacji zmieniała się na jego oczach. "Pamięta, że wtedy ludzie byli bardzo ciekawi kogoś, kto mówi inaczej niż oni, inaczej wygląda. Może wyczuwało się lekki dystans, ale nigdy wrogość. /.../ Był taki klimat: otwórzmy się na świat, rozwijajmy się." O pochodzenie nikt nie pytał. Tymczasem teraz jest dla ludzi przede wszystkim... Arabem. A jak Arab, to muzułmanin, a jeśli muzułmanin to uchodźca, a uchodźca to terrorysta. Tłumaczenia o chrześcijańskich korzeniach do nikogo nie trafiają. Dla niejednego Polaka chrześcijaństwo jest odłamem... islamu. "Jednego z syryjskich kolegów, stomatologa, niedawno obudził w nocy telefon - opowiada. - Kobieta z bolącym zębem spytała, czy ją przyjmie. Wstał, przyjął, kilka dni później wróciła do niego przerażona, czy on jej przypadkiem nie próbował śmiertelnie otruć? Bo była właśnie u lekarza w przychodni, powiedział, że z Syryjczykami to nie wiadomo, mógł jej do tego zęba włożyć straszną truciznę. Innego kolegę ostatnio zaczepił sąsiad, mieszkają od ponad 10 lat obok siebie, ich dzieci zawsze razem się bawiły, w teraz sąsiad mówi, że sobie nie życzy." To już nie jest dawna Polska. Od dwóch lat zaostrza się język w polityce, mediach. "Publiczna telewizja pokazuje uchodźców tak: groźni, agresywni, dzicy, ciągną do Europy całymi hordami. I oczywiście dodaje się, że nie są tacy jak my tutaj. - Nie boję się tego sformułowania: tak właśnie rodzi się faszyzm" – mówi prof. Rafał Pankowski, socjolog i politolog z Collegium Civitas. "Historyk, prof. Piotr Osęka, gdy widzi te obrazy w telewizji, przypomina sobie identyczne, w nazistowskich kronikach filmowych. Tylko że tam zamiast uchodźców z Syrii – Żydzi. Pół wieku później, w Rwandzie, te same metody, tylko zamiast Żydów – Tutsi." Prof. Bassam Aouil obawia się, że za chwilę wrogość przeniesie się do urzędów, szkół. I już nie tylko kolor skóry będzie raził, lecz również poglądy. Mimo wszystko ma jednak nadzieję, że Polacy się opamiętają. Że powiedzą "stop" ksenofobii i rasizmowi. Wierzy też, że politycy, którzy rozpętali to piekło, zdają sobie sprawę, iż za daleko się posunęli dla byle sondaży. Że były to niby niewinne hasła, które miały ich wynieść do władzy. Ale kto się do tego przyzna?!

"Polityka" nr 25

Młode kobiety ciągną do organizacji nacjonalistycznych od lat – zauważa Marta Mazuś w "Morowych dziewczynach". Są dobrze zorganizowane, niezależne, kochające Ojczyznę i nie życzą sobie, by ktokolwiek im mówił, co mają robić.

Niech przy tym żaden lewak nie próbuje nazywać je feministkami! – przestrzega autorka, której udało się porozmawiać z kilkoma paniami. "Zapatrzone w międzywojenne myśli Mosdorfa i Dmowskiego pną się w górę po funkcyjnych szczeblach, na marszach niepodległościowych i pikietach przeciwko szkodliwym moralnie treściom zawartym np. w teatralnych przedstawieniach, z dumą dzierżą ozdobione falangami flagi, a od pewnego czasu zaczęły się uniezależniać. Zakładają swoje narodowe organizacje kobiet i spisują własne narodowe postulaty." Na przekór... feministkom. W ten sposób chcą dowieść, że nie tylko one potrafią się zjednoczyć. Zresztą, zamierzają być samodzielne; mężczyźni nie muszą ich pouczać. Niektóre tak są wychowywane od dzieciństwa. W domach czci się pamięć bohaterskich pradziadków i dziadków, uczestników powstań i wojen niepodległościowych. To dlatego nie wahają się wstępować do Ruchu Narodowego. Oczarowane międzywojniem, szukają literatury na ten temat, aż w końcu przychodzi olśnienie: ONR wciąż działa, więc dlaczego nie stanąć ramię w ramię z ONRowcami? Marsz Niepodległości nie pozwala pozostać obojętnym na tę specyficzną atmosferę. Według badaczy ruchów nacjonalistycznych, coraz większa i bardziej eksponowana w środowiskach narodowych aktywność kobiet to świadoma strategia. Dziewczyny poprawiają wizerunek ONR, dają szansę na dotarcie do nowych grup zwolenników. Na dodatek, jeśli dziewczyny się już angażują, to na serio. Chłopcy pokręcą się, parę razy pójdą w marszu i się wykruszają. Kobiety zaś rozumieją, że działalność dla narodu wymaga poświęcenia. Kiedy w 2015 r. Ruch Narodowy stał się partią polityczną, narodówki postanowiły się całkowicie od niego oddzielić. Powołały Narodową Organizację Kobiet. "Zamiast konfrontacji z feministkami na marcowych Manifach od 2016 r. organizują swoje wydarzenia - Narodowy Tydzień Kobiet. Jego sztandarowym punktem jest m.in. pikieta "W imieniu dam". Do tego msze św., konferencje, spotkania z kobietami." Priorytety NOK można określić jako wartości chrześcijańskie i narodowe. Ale również problemy "kobiece, jak przemoc domowa, problemy z opieką medyczną, okołoporodową czy traktowanie kobiet na rynku pracy." Narodówki wytykają feministkom zbytnie zaangażowanie się w działalność związaną z aborcją i prawami grup mniejszościowych. Ich zdaniem, "feministki to zaślepione nienawiścią ekstremistki lewicowe, które są oderwane od rzeczywistości i zagłuszają głos normalnych kobiet. Edukacja seksualna? To niszczenie tradycyjnych chrześcijańskich norm moralnych. Gender? To walka z kobiecością." Siebie nazywają nacjonalistkami. To nawiązanie do przedwojennych kobiet z ich poglądami. Dlatego też mogą być nazywane i narodowymi feministkami. Na pewno jednak nie są kurami domowymi, choć tak może chciano by je postrzegać.

"Duży Format" nr 21

Dlaczego nie powiecie otwarcie, że jestem prześladowana z powodów politycznych? Że nie jesteście w stanie znieść tego, że inaczej myślę – pytała w latach 70/80 ub. wieku, przesłuchujących ją funkcjonariuszy Securitate, Herta Muller, niemiecka noblistka z 2009 r., z którą w wywiadzie "To nie był kraj dla kobiet", rozmawiała Katarzyna Bielas.

Urodzona w Rumunii, pochodząca z tamtejszej mniejszości niemieckiej, czuje wręcz wewnętrzny przymus opisywania swego życia czasach Ceausescu. Dziś patrzy na tamten czas obiektywniej. Gdyby jednak nie spędzone w Rumunii dzieciństwo i młodość, pewnie nie zostałaby pisarką. "Chciałam upewnić się, kim jestem, przyjrzeć się /.../ temu, co działo się w wiosce, w której dorastałam, poczuciu bezsilności. Chciałam zrozumieć reżim, zastanowić się, dlaczego tak wiele nieszczęść spadło na Rumunię." Odpowiedzi szukała wówczas w książkach. Bukareszt miał wspaniały Instytut Goethego. "Ceausescu był prawie analfabetą, być może nie zdawał sobie sprawy, co można odkryć w książkach, w kulturze, jakie może wiązać się z tym ryzyko." Kobiecie w Rumunii było szczególnie trudno. Antykoncepcji zabroniono, podobnie aborcji. Wiele kobiet trafiało do więzień. Ciągle odbywały się badania medyczne. Nawet idąc do dentysty najpierw trzeba było się zgłosić do ginekologa. Pozostawało przekupstwo. Kwitło podziemie aborcyjne. Pierwszą książkę noblistki ocenzurowano. " W Rumunii ze względu na mniejszości wychodziły książki w kilku językach, po niemiecku, węgiersku, serbsku, w jidysz. My, Niemcy, nie byliśmy cenzurowani tak bardzo jak literatura rumuńska. Często zdarzało się, że książka mogła być wydana w Rumunii po niemiecku, ale nie mogła być przetłumaczona na rumuński. To kwestia arytmetyki – zasięg książki po rumuńsku był o wiele większy." Noblistka przyjechała do Niemiec jako uchodźca polityczny. Ma to wpływ na jej obecne poglądy. Sprzyja syryjskim uchodźcom. "Nigdy nie byłam tak zagorzałą zwolenniczką Merkel jak teraz. Bardzo szanuję jej humanitarny gest, ten aspekt jej polityki. Bardzo trudno jest mi zrozumieć ludzi w Europie Wschodniej, którzy znają problem uchodźców – przecież tysiące ludzi stąd wyemigrowały, bo nie mogli znieść swojego kraju – a mimo to teraz są przeciwni przyjmowaniu. Dlaczego nie przyjąć ich na jakiś ograniczony czas, nie powiedzieć, że są tu mile widziani do końca wojny, a w tym czasie się wykształcą, zdobędą umiejętności i wrócą odbudowywać swój kraj? Do tego dochodzi jeszcze rasizm, te wszystkie oskarżenia, że przenoszą choroby. Myślę, że gdyby panowie Orban i Kaczyński przez miesiąc uciekali przed wojną, to też by się rozchorowali. Wiadomo, że higiena ma wpływ na nasze zdrowie, nie jesteśmy czyści z urodzenia, tylko dlatego, że mamy odpowiednie warunki."

Gazeta Wyborcza" nr 122

"Obywatelu, nie stój bez sensu" – nawołuje Robert Sobiech, socjolog, rozmówca Wojciecha Maziarskiego.

Za demokracją opowiada się obecnie w Polsce 52 proc. badanych. Przyzwolenie na rządy niedemokratyczne wyraża 27 proc. Wielu przekonało się, że niezależnie od wad system demokratyczny jest wartością, którą należy chronić. Demontaż Trybunału Konstytucyjnego wyprowadził na ulice tłumy. Przestrzenią, w której mogli się spotkać wszyscy przeciwnicy polityki PiS stał się KOD. Połączył nawet ludzi nie angażujących się wcześniej w politykę. Niestety, z powodu błędów ówczesnego lidera znalazł się w sytuacji konfliktu interesów, czym przekreślił swoją misję. Na dodatek KOD zakładali ludzie ze starszego pokolenia, co wytworzyło barierę przeciw uczestnictwu w ruchu młodych. Młode pokolenie cechuje bowiem indywidualizm. "Znaczna część młodych skupia się na sobie, swoich wyborach, satysfakcjonującym życiu, bo uważają je za naturalne, że przysługują im prawa obywatelskie. Czują się bezpieczni, więc nie mają powodu skrzykiwać się, podejmować działań zbiorowych. Widać to wyraźnie na polskich uczelniach. W ostatnich 30 latach nie przypominam sobie żadnego znaczącego protestu organizowanego przez studentów." Demonstracja przeciw umowie ACTA to było coś konkretnego. Zmobilizowali się ci, którzy sądzili, że nowe porozumienie odbierze im możliwość bezpłatnego korzystania z dóbr Internetu. A KOD ruchem jednej kwestii nie jest. Poparciem wśród młodych do 24. roku życia wciąż cieszą się Paweł Kukiz i Janusz Korwin – Mikke, partie protestu i buntu. Młodzi chcą zmiany sytemu, nieważne na jaki, byle ten zmienić. Wśród młodych zatem i PiS nie ma wielu zwolenników. Pozostali coraz częściej łapią się na tym, że ciepła woda w kranie za poprzednich rządów była bardziej przewidywalna. W jednej tylko sprawie PiS może liczyć na poparcie: w kwestii nieprzyjmowania uchodźców. Co ciekawe, "większość z nas nie widzi analogii między losem Polaków a innych imigrantów. Wyobraża pan sobie, jakie byłoby oburzenie, gdyby jakiś minister brytyjski czy amerykański powiedział po 13 grudnia 1981 roku Polakom, których stan wojenny zastał na Zachodzie: "Zostawcie u nas swoje kobiety i dzieci, a sami wracajcie do ojczyzny walczyć z dyktaturą?" Tymczasem takie stanowisko wobec imigrantów z Syrii jest u nas powszechnie akceptowane." PiS umiejętnie wykreował moralną paniką i wskazał wroga, który nam zagraża. Ba, największy sprzeciw wobec przyjmowania uchodźców ma miejsce wśród uczestniczących w praktykach religijnych. Bo Kościół nie zaangażował się w akcję edukacyjną na rzecz pomocy uciekającym z terenów zagrożonych wojną. Nadzieja na zmianę wartości i poglądów Polaków w niezależnych ruchach obywatelskich.

"Przegląd" nr 23

"Każda władza miała swoich historyków" - przypomina Leszkowi Konarskiemu prof. Aleksander Krawczuk, nestor polskich historyków. Nie wszystkich stać na mówienie prawdy. To wymaga odwagi i poświęceń. A że historyk to też człowiek - musi kupić sobie nową lodówkę czy pralkę, więc mamy historyków angażujących się w politykę.

Sam zajął się historią starożytności, bo to bezpieczniejszy temat. Przyjął też zasadę, bo od rzeczywistości się nie ucieknie, że lepiej niektóre fakty przemilczeć niż mówić nieprawdę. Prawda wcześniej czy później i tak wyjdzie na jaw. "Dlatego zanim zdecydowałem się objąć tekę ministra kultury, odbyłem rozmowę z gen. Wojciechem Jaruzelskim i powiedziałem mu, że musimy ujawnić, kto zamordował polskich oficerów w Katyniu. Nie możemy podawać nieprawdziwych informacji o faktach, które myślącej części społeczeństwa są znane od lat. Mówiliśmy też o innych drażliwych tematach dotyczących nasze najnowszej historii. Gen. Jaruzelski zapewnił mnie, że się ze mną zgadza, choć niestety zwlekał później z podjęciem konkretnych działań." Dla A. Krawczuka nie istnieje pojęcie polityki historycznej. Jego zdaniem, historię należy badać i wyciągać poprawne wnioski. Z dostępnych źródeł i przekazów, a nie naginać do aktualnych potrzeb politycznych. Każda władza popiera naukowców będących po jej stronie, ale nie mówi o tym publicznie. Nie można jednak być zarazem politykiem i historykiem, bo to prowadzi do wypaczeń. W czasach PRL to była po prostu propaganda! "Każdy wiedział, że zatwierdzanie patronów i nazw ulic należy do partyjnych wydziałów propagandy. Nikt tego nie nazywał polityką historyczną." To nie historyk IPN ma decydować, kto był bohaterem, a kto zdrajcą. W ten sposób odbiera się obywatelom możliwość samodzielnego myślenia. W dodatku jest to działanie na krótka metę. "Historia jest nauką, a nie polityką, ma służyć prawdzie i tylko prawdzie. Ale niestety, każda władza chce mieć zawsze rację. Tworzenie oficjalnie obowiązującej wersji polityki pamięci historycznej cechuje kraje rządzone autorytarnie. Zawsze trzeba sobie zadać pytanie, na ile ta doraźna polityka historyczna ma związek z rzeczywistością i ile z tego wszystkiego przetrwa. Jak za 20 lat będą oceniani "żołnierze wyklęci"? Tylko prawda, oparta na dokumentach, jest czymś ważnym dla dziejów każdego narodu." Co z tego, jeśli we wszystkich epokach byli historycy dworscy, którzy wysługiwali się władzy. Każda miała swoich bohaterów. Ich żywot jest zazwyczaj krótki; pomniki się burzy, zmienia nazwy ulic. Historią zawsze manipulowano, wymuszano na obywatelach przyjęcie jedynie słusznej prawdy. Niszczono przy tym niewygodne dla władzy dokumenty. To groźne, bo prowadzi nawet do nieprzewidywalnych konfliktów narodowościowych, światopoglądowych. Profesor namawia do dociekania prawdy samodzielnie; źródeł nie brakuje. "Bardzo to jednak smutne, że znowu możemy mieć dwie historie – jedną oficjalną i tę drugą, na użytek domowy" – ubolewa.

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ