reklama

Trudne wybory

Z kart historii miasta (139)

 

Starachowiccy Żydzi stanęli 27 października 1942 r. przed wyborem: albo porzucić swoje dzieci i przeżyć, albo zginąć razem z nimi...

Tego dnia okupacyjne władze niemieckie zlikwidowały getto dla Żydów w Starachowicach. Blisko 4 tysiące osób załadowano do pociągu i wywieziono do obozu natychmiastowej zagłady w Treblince, gdzie zostali wszyscy zabici... W ten sam sposób zlikwidowano getta żydowskie w wielu innych miejscowościach dystryktu radomskiego. W Starachowicach doszło jednak do wyjątkowej sytuacji: więcej niż czwarta część mieszkańców getta – w sumie około 1600 Żydów – pozostała na miejscu! Dlaczego? Dlatego, że Zakłady Starachowickie – jeden z większych producentów uzbrojenia – potrzebowały rąk do pracy. A szczególnie darmowych.

Żydzi wiedzieli, że przydatność do pracy w fabryce równała się przeżyciu. Wiedzieli, że zdrowi mężczyźni, szczególnie młodzi i w sile wieku, mieli dużą szansę na przeżycie. A kobiety, dzieci i starcy? Dla nich nie było żadnej nadziei... Ale... ale za wyjątkiem elity i bogatych! Wśród skierowanych do obozów pracy dziwnym trafem znaleźli się między innymi wszyscy członkowie elity sprawującej władzę w dzielnicy żydowskiej, ich żony, dzieci, a nawet kochanki... Były wśród nich również dobrze sytuowane rodziny, które kupiły sobie miejsce wśród ocalonych. Większość Żydów tego dnia stanęła jednak przed wyborem: albo porzucić swoje dzieci i przeżyć, albo zginąć razem z nimi.

Christopher Browning, autor rewelacyjnej książki o wojennych losach starachowickich Żydów zatytułowanej "Pamięć przetrwania", napisał, że koszmar selekcji, które zmusiły ludzi do podejmowania dramatycznych wyborów i bezlitośnie rozdzielały rodziny, pozostawił w wielu ocalałych nigdy nie zagojone rany i dojmujące poczucie winy. Spośród wielu relacji, jakie na ten temat złożyli ocaleni Żydzi, przytoczę za Browningiem jedną z nich:

-Inny ocalały opowiedział o wstrząsającej tragedii sześcioosobowej rodziny – męża i żony z dwojgiem nastoletnich dzieci i dwojgiem maluchów – która stanęła przed takim wyborem. Rodzice i starsze dzieci mieli karty pracy. Podczas selekcji rodzice kazali starszym dzieciom dołączyć do grupy wybranych do pracy. Później rodzice zostawili maluchy i też dołączyli do robotników. W międzyczasie starsze dzieci opuściły grupę robotników, żeby wrócić do rodziców i młodszego rodzeństwa. W rezultacie całą czwórkę dzieci deportowano, a rodzice zostali zabrani do obozu pracy, "żywi", ale skazani na "piekło"...

Niektóre rodziny żydowskie próbowały ocalić swoje dzieci poprzez oddanie ich na przechowanie do rodzin Polaków. Taką próbę – nieudaną – podjęła zamożna rodzina Wajchendlerów, kupców posiadających kamienicę i sklep przy Rynku. Syn państwa Wajchendlerów – Chaim – który po wojnie zamieszkał w Kanadzie i dziś nosi nazwisko Howard Chandler, w ubiegły czwartek opowiedział w Starachowicach następującą historię:

- Mój młodszy brat Szmulik był zdolnym uczniem. Wszyscy znali Szmulika, taki był zdolny. Tylko Bóg wie, jaki wkład w rozwój ludzkości wniósłby Szmulik, i inni tacy jak on, gdyby nie zostali zamordowani w wieku zaledwie dwunastu lat. Mój tata dogadał się z jedną z chrześcijańskich rodzin mieszkających w okolicy, że gdyby coś się nam stało, gdyby nas podzielono, to oni się nami zaopiekują, zaopiekują się też naszym domem i tym wszystkim, co się tam znajdowało. Moja matka była znajomą pani domu, ja z kolei znałem dwóch chłopców, synów tamtej rodziny. Gdy rozpoczęło się wysiedlenie, Szmulik wrócił od tamtej rodziny na rynek i wraz z mamusią zostali wysłani do Treblinki, gdzie zostali zamordowani zaraz po przyjeździe. (...) W 1987 albo 1988 r. wróciłem do Wierzbnika, żeby dowiedzieć się, co się stało z tą polską rodziną, z którą mój ojciec się dogadał. Dlaczego nie wpuścili mojego brata, dlaczego nie przyjęli go, tak jak było to z moim ojcem ustalone. Spotkałem się z panią domu, spotkałem się z jednym z synów, którego znałem, ale nie dowiedziałem się niczego. Nie powiedzieli mi, dlaczego nie wpuścili go, mojego brata, z którym byłem tak bardzo blisko związany. Myślę, że mój brat został po prostu zdradzony. Gdyby mój ojciec to wiedział, to dogadałby się z inną rodziną. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego oni właśnie tak zrobili.

Ja tego też nie wiem. Nie zetknąłem się nigdy z tą historią, ale trudno się temu dziwić. Przecież mało kto z żywych chce "chwalić" się takimi historiami. A w tamtym czasie przed takimi trudnymi wyborami stanęło więcej polskich rodzin. Ta akurat zachowała się nagannie – pomimo wcześniejszych obietnic pomocy, w krytycznym momencie jej odmówili. Łatwo się ocenia postawy innych, jednak należy przy tym być szczególnie obiektywnym, a Howard Chandler w swojej opowieści pominął bardzo istotny aspekt tej historii: nie powiedział, że za przechowywanie Żydów okupacyjne prawo w Generalnym Gubernatorstwie przewidywało dla Polaków tylko jedną karę – karę śmierci. I Niemcy bardzo często tego przestrzegali. Myślę więc, że decyzja tamtej rodziny o odmowie przyjęcia Szmulika była równie dramatyczna, jak decyzja Chaima, że nie chce umrzeć wraz z mamą i Szmulikiem, lecz dołączy do ojca i starszego brata i uratuje swoje życie. Wszyscy wyboru dokonali. Ale czy potrafią go zaakceptować?

Adam Brzeziński

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ