reklama

Demokracja

W numerze

Demokracja

Jesienią miną dwa lata od ostatnich wyborów do Sejmu i Senatu. Wciąż jednak można spotkać się z komentarzami, że ich wynik jest nieproporcjonalnie – niektórzy używają słowa "niesprawiedliwie" – przekształcony na podział mandatów poselskich. Takie są jednak reguły.

Porównując suche liczby rzeczywiście można mieć wrażenie, że coś się nie zgadza. Największa partia zdobyła w wyborach 37,58% ważnie oddanych głosów i jednocześnie otrzymała 51,09% miejsc w Sejmie. Należałoby jednak zauważyć fakt, że druga w kolejności partia otrzymała 24,09% głosów, ale w parlamencie zyskała 30% mandatów. Skąd takie różnice? Z reguł obowiązującego systemu wyborczego i sposobu przeliczania głosów. Ponadto należy pamiętać o obowiązujących progach wyborczych – 5% dla partii i 8% dla koalicji wyborczych. W ten sposób w ostatnich wyborach "zmarnowanych" zostało prawie 1,15 miliona głosów, ponieważ jeden z koalicyjnych komitetów wyborczych zdobył poparcie 7,55% głosów i nie wszedł do Sejmu. To spowodowało, że partie, które dostały się do parlamentu zwiększyły swój potencjał ilości zdobytych mandatów poselskich.

Trzeba stwierdzić, że różnice pomiędzy głosami oddanymi przed obywateli a ostatecznymi rozstrzygnięciami wyborczymi nie są jakąś wyjątkową, polską specyfiką. Spójrzmy na ostatnie wybory parlamentarne we Francji. Tam zwycięstwo odniosło stronnictwo popierające prezydenta Emmanuela Macrona. Oddano na nie 49,12% głosów. Tymczasem przełożyło się to na 60% miejsc w parlamencie. Z kolei w Wielkiej Brytanii Partia Konserwatywna otrzymała poparcie 42,4% głosów, a Partia Pracy 40%. Tymczasem przełożyło się to - odpowiednio – na 48,9% i 40,3% miejsc w parlamencie.

Najbardziej skrajnym przypadkiem z ostatnich miesięcy są wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Po ostatecznym policzeniu głosów Amerykanów okazało się, że Donald Trump uzyskał poparcie 45,95%, a Hillary Clinton 48,04%. Obowiązujący system wyborczy określa te wybory jako pośrednie, co oznacza, że tak naprawdę najważniejsze jest poparcie w poszczególnych stanach, a nie w skali całego kraju. Stąd w konsekwencji wybór D. Trumpa na prezydenta.

to tak naprawdę władza większości i nikt nie ma raczej wątpliwości, że kto ma większość ten rządzi. To jest naturalne prawo wynikające z definicji "demokracji", czyli "władzy ludu". Można nawet powiedzieć więcej, że kto uzyskał większość, ten ma obowiązek rządzić zgodnie ze swoimi zapewnieniami, obietnicami w ramach obowiązującego prawa i demokratycznych zasad.

Systemy wyborcze i sposoby przeliczania głosów na ilość miejsc w parlamencie też są elementami zasad ustanowionych w sposób demokratyczny i oddając głos w wyborach zgadzamy się na panujące reguły. Dlatego warto dobrze przemyśleć swoją decyzję wyborczą i nie podejmować jej w drodze do lokalu wyborczego.

Michał Walendzik

Radny Rady Miejskiej

radny.mw@gmail.com

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ