reklama

Dziecko na froncie

Z kart historii miasta (138)

W numerze

Dziecko na froncie

Z kart historii miasta (138)

 

Dziesięcioletni Staś Margula we wrześniu 1939 r. miał pójść do III klasy szkoły powszechnej znajdującej się przy upuście, w kamienicy Życińskich. Zamiast do szkoły, trafił na wojnę...

Po wielu latach pan Stanisław podzielił się ze mną swoją historią wojenną, którą przeżył 6 września 1939 r. Brzmi ona tak:

"Około 28 sierpnia mój tata został powołany do wojska. Kilka dni później mama wraz z nami, dwiema siostrami i mną, pojechała na wieś do rodziny, do Pokrzywnicy. W domu na Wanacji pozostali dziadkowie. Mama była w ciąży i szykowała się do porodu. 6 września, gdy nadarzyła się okazja, mama wysłała mnie do naszego domu w Wanacji po wannę, ręczniki, itp. Zabrałem się furmanką z braćmi Kwiatkowskimi: siedemnastoletnim Henrykiem i jedenastoletnim Marianem. Z Pokrzywnicy wyjechaliśmy w kierunku Ambrożowa, gdzie skręciliśmy na Pawłów. W Ambrożowie spotkaliśmy kolumnę pojazdów wojskowych. Były to motocykle, samochody ciężarowe, samochody pancerne, sanitarki. Żołnierze w samochodach nie odzywali się ani do siebie, ani do nas, było widać, że są zmęczeni. Byliśmy przekonani, że to było polskie wojsko. Z jednego z nich wysiadł żołnierz w czarnym mundurze, który po polsku wypytywał najstarszego Heńka, gdzie jest wojsko polskie, ilu ich było, jak pojechać na Radom oraz Ostrowiec. Przez jakiś czas jechaliśmy równolegle do tej kolumny samochodów, ale w końcu nas wyminęli. Drugi raz spotkaliśmy ich na drodze z Michałowa do Starachowic. Kolumna stała wzdłuż drogi, żołnierze zajmowali stanowiska w przydrożnym rowie, frontem na wschód. W tym czasie zaczęła się strzelanina. Za skrętem z Rzepina w kierunku Starachowic stał dopalający się samochód osobowy. Kilkaset metrów dalej w rowie po lewej stronie szosy stał wóz konny z tabliczką identyfikacyjną któregoś z majątków, chyba Brzezia lub Łomna. Przed wozem leżał martwy mężczyzna z batem, prawdopodobnie woźnica wozu. 20-30 metrów dalej dowiedzieliśmy się wreszcie, że żołnierze kolumny są Niemcami. Zatrzymali nas, kazali wypiąć konia, a nam położyć się w rowie. Strzelała w naszym kierunku załoga pociągu, który zatrzymał się za fałdą terenową i był słabo widoczny. Było słychać odgłosy strzałów i widać spadające od czasu do czasu gałązki drzew. Wykorzystałem zamieszanie i uciekłem. Przez las pobiegłem w kierunku Michałowa. Dlaczego w tę stronę, a nie w stronę domu w Wanacji? Bo byłem przerażonym dzieckiem, które chciało jak najszybciej wrócić do mamy, a ona została tam, skąd jechaliśmy. Biegnąc jak szalony, przed Lubianką natknąłem się na ciężko rannego mężczyznę. Poprosił mnie o wodę, ale ja byłem tak przestraszony, że pobiegłem dalej. Wiem, że ten mężczyzna wkrótce zmarł. Za rzeczką natknąłem się na zwłoki mężczyzny. Miał duży otwór w głowie, między innymi brakowało oka. Dobiegłem do pierwszego zabudowania Michałowa, gdzie zaopiekowała się mną kobieta z dziećmi, u której pracował najęty robotnik, pan Baran, który pochodził z Kolonijek i znał mojego ojca. Po wojnie odwiedziłem tę kobietę, pamiętała tę sytuację. Nazywała się Helena Grajewska. Je j mąż miał na imię Roman (wówczas go nie było w domu). Dom obecnie nosi numer 49 przy ulicy Ostrowieckiej.

Po kilku godzinach, gdy Niemcy odjechali z powrotem w kierunku Rzepina, z zarośli rzeki Lubianki wyszedł młody polski oficer w stopniu podporucznika, z karabinem. Był bez czapki. Na włosach miał siatkę. Powiedział, że był kierowcą wojskowego, spalonego samochodu osobowego, z którego wyskoczył w lewo w nieckę rzeki Lubianki oraz, że był z nim drugi oficer, w stopniu kapitana, który ukrył się z prawej strony szosy w lesie. Prosił by go poszukać, gdyż on sam obawia się, że mogą być tam Niemcy. Poszliśmy go szukać i znaleźliśmy rannego w nogę. Pamiętam, że nie mógł zdjąć buta. Doprowadziliśmy kulejącego do szosy, skąd pojechali później do Starachowic furmanką gospodarza z Michałowa. Pan Baran odprowadził mnie pod Wanację. On poszedł do swego domu na Kolonijki, a ja pobiegłem do domu w Wanacji. Szliśmy przez Abisynię, mijając lasek Harabina, zwany też laskiem Ćwielucha. W lasku widać było bandaże, watę i czuć było charakterystyczny zapach jodyny. Wkrótce byłem w domu. Bracia Kwiatkowscy też szczęśliwie wrócili do Pokrzywnicy, gdzie niestety przekazali mojej mamie wieść, że zaginąłem...

Miejsca, ludzie i wydarzenia, które opisał pan Stanisław, kapitalnie korespondują i uzupełniają wiedzę, jaką mają historycy. Myślę, że mogę powiedzieć, że jest on autorem najbardziej szczegółowej i prostolinijnej znanej mi relacji na temat tamtych tragicznych w skutkach wydarzeń.

Adam Brzeziński

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ