reklama

Na innych łamach

"Polityka" nr 23

Zniesienie przez Brukselę krótkoterminowych wiz dla Ukraińców może odmienić unijny rynek pracy na lepsze. Nasz, niestety, na gorsze – dowodzi Jagienka Wilczak w korespondencji z Kijowa "Z ziemi polskiej do włoskiej".

Ukraińscy eksperci co prawda twierdzą, że kto miał pojechać na Zachód, już pojechał. Ukraińcy zaczęli emigrować po Majdanie. Pogarszająca się sytuacja ekonomiczna w kraju popchnęła ich do zjednoczonej Europy. "Przede wszystkim do Polski: przed rokiem pracowało u nas 1,26 mln Ukraińców, dziś mówi się oficjalnie, że będzie to ponad 1,3 – 1,4 mln. Według danych z końca 2016 r. ważne karty pobytu posiada 103 tys. Ukraińców, a te uprawniają do podejmowania innej niż sezonowa pracy. Zezwolenie na pracę wydane przez wojewodów ma 106 tys. obywateli Ukrainy, mogą pracować dłużej niż pół roku." Tyle że Ukraińcy od dawna wybierają również kierunek: Niemcy i Włochy. W Niemczech mieszka ich 113 tys., a we Włoszech dwa razy więcej. "Potrzeby tamtejszych rynków mogą zachęcać do dalszych wyjazdów." Zarobki są kuszące. Szara strefa istnieje wszędzie, nawet w uporządkowanych Niemczech. Przeszkodą do exodusu może być pakiet dokumentów wymagany na granicy i odpowiedni zasób gotówki. Ale nie dla wszystkich. Z Ukrainy wyjeżdża coraz więcej młodych osób. Stąd alarm tamtejszych władz, że nie będzie z kim robić reform. Tylko reformy zatrzymają młodych w kraju. Jest o co zabiegać, gdyż skala wyjazdów, zwłaszcza mężczyzn, jest naprawdę duża. Kiedyś do Polski przyjeżdżały przeważnie opiekunki do seniorów i kobiety do prowadzenia domów polskich rodzin. Seniorki. Teraz tendencje się wyraźnie odmieniły. Ba, przybywa studiujących w Polsce. Ponad połowę studentów obcokrajowców stanowią Ukraińcy. Dotąd wielu pracujących u nas Ukraińców zamierzało osiąść w Polsce na stałe. Czy to się zmieni po wprowadzeniu ruchu bezdewizowego? Polscy pracodawcy się niepokoją. Wszak zatrudniają nie tylko pracowników niewykwalifikowanych, również specjalistów i pracowników biurowych. A Polska nie jest postrzegana jako kraj przyjazny imigrantom. Utrudnienia w zalegalizowaniu pracy są duże. Nic dziwnego, że Ukraińcy traktują Polskę jak przystanek w drodze na Zachód. Tym bardziej że gdzie indziej również warunki pracy, płacy i socjalne są zdecydowanie lepsze. I Zachód czeka na Ukraińców. "Niemcy już dziś stwarzają ułatwienia dla wykwalifikowanych pracowników z państw poza unijnych, lekarzy, inżynierów mechaników, elektrotechników, budowy pojazdów czy inżynierii środowiska To element szerszej strategii." Tymczasem Polska nie dopracowała się "strategicznej wizji zarządzania migracjami, nie ma pomysłu ani planu rozwiązywania problemu deficytu siły roboczej". Tak krótkowzroczna polityka jest dla nas niebezpieczna. Ba, szykują się jeszcze utrudnienia w zatrudnianiu cudzoziemców. Choć nostryfikacja dyplomów przez lekarzy jest koszmarem, dziś jeszcze lekarze z Ukrainy zatrzymują się w Polsce. Po zniesieniu obowiązku wizowego Niemcy przyjmą ich z otwartymi ramionami. Kto zatem zastąpi polski wykształcony personel medyczny (i nie tylko zresztą), nadal chętnie przyjmujący intratne oferty zatrudnieniowe zza granicy.

"Newsweek" nr 24

W rządzonym przez prawicę Narodowym Banku Polskim ucisza się analityków ostrzegających przed negatywnymi trendami w gospodarce – zdradza Radosław Omachel w "Narodowym Banku PiS". Choć o niektórych sprawach należało by jednak mówić głośno.

Na przykład o decyzjach UE, rekomendujących walutę euro we wszystkich członkowskich krajach i to niebawem, do 2025 r. Uczciwa debata na ten temat jest zatem potrzebna, by Polska rzeczywiście nie została na peryferiach Unii Europejskiej. Tymczasem dzieje się wręcz odwrotnie. Euro znika nawet symbolicznie. Zaraz po objęciu fotela prezesa NBP przez Adama Glapińskiego tamtejsze klamki, przypominające właśnie symbol euro, zastąpiono zwykłymi (sic!). A. Glapiński ma opinię unikającego gorących dyskusji. Jego ugodowy charakter przydaje się nawet w gaszeniu frakcyjnych sporów w obozie władzy. Mając niezachwiane poparcie Jarosława Kaczyńskiego (A. Glapiński powiedział o nim: "Nie spotkałem w polityce człowieka bardziej inteligentnego, lepiej rozumiejącego państwo, społeczeństwo i gospodarkę niż Jarosław Kaczyński"), żartuje się nawet, że ratuje kraj przed chaosem. Co ciekawe, wraz z jego przyjściem do banku fali zwolnień nie było. Tylko Instytutu Ekonomicznego, najlepszego w kraju ośrodka analitycznego, prowadzącego badania nad trendami w gospodarce, taka tolerancja nie dotyczyła. Najpierw rozwiązano BISE – Biuro ds. Integracji ze Strefą Euro, tym bardziej że rząd zlikwidował urząd pełnomocnika do spraw wprowadzenia wspólnej waluty. Przecież PiS nie rozważa decyzji o przystąpieniu do strefy euro! Ba, w NBP ogłoszono konkurs o znaczącym tytule "Złoty interes – korzyści płynące z posiadania własnej waluty". Nagroda wynosi 5 tys. zł. Tym samym bank centralny nie zachował koniecznej w jego przypadku bezstronności... Ale eurofobia jest niczym w porównaniu z autocenzurą! Władze banku dają do zrozumienia, jakich informacji oczekują. Niepokorni analitycy nie mają więc szans na dalszą pracę w NBP. Inna rzecz, że w ten sposób rząd straci kompas mogący go ostrzec przed ewentualnymi kłopotami. W każdym razie rozwiązano również IE. Będą to teraz dwa departamenty – badań ekonomicznych, działający prawdopodobnie tylko do końca br. I departament analiz ekonomicznych, przygotowujący materiały dla Rady Polityki Pieniężnej. Przy okazji pracę straciło 20 osób. Nie będzie już zatem opracowywanego miesiącami raportu o rynku pracy. Bo był... za obszerny i... mało czytelny. Będą za to raporty kwartalne. Z bilansem ryzyk też są problemy. Bo nie dość że także zbyt obszerny, to słowo "nierównowaga" nie jest w materiałach pożądana. A bez niego trudno się obejść. Innym słowem, na które trzeba uważać, jest: "niepewność". Bo... niepewności w gospodarce nie ma – wyraził się prezes A. Glapiński. To jeszcze nie jest zachęcanie do kłamstw, ale na pewno przypomina malowanie trawy na zielono.

"Przegląd" nr 22

Jarosław Dobrzański wini postsolidarnościowe państwo - zwłaszcza zaś władzę sądowniczą i usłużne żurnalia - które stworzyło warunki do kradzieży, czego wynikiem jest "Reprywatyzacja – legalizacja grabieży"(tytuł tekstu).

Oddawano wszystko, co miało sporą wartość majątkową w momencie ustanowienia tzw. prawa dotyczącego mienia zaburzańskiego. Można zatem było wysuwać wszelkie roszczenia, choćby były jawnie bezpodstawne. "Szczególnie bulwersujące i obrażające poczucie sprawiedliwości jest oddawanie w Warszawie budynków, których nie było w 1945 r., a które odbudowali komuniści lub, własnymi rękami, ich mieszkańcy /.../. Nie uwzględnia się stanu zadłużenia byłych właścicieli ani nakładów państwa i nowych użytkowników. Za te lokale, których zwrócić nie można wypłaca się odszkodowania w wysokości 100 proc. ich obecnej wartości rynkowej." W procesie po 1989 r. uczestniczyły wszystkie partie polityczne. Ich establishmenty czerpały z tego korzyści materialne, "czego najbardziej bijącym w oczy przykładem jest uwłaszczenie obecnej prezydent Warszawy. /.../ Dzięki temu 10 lat rządów PO - PiS stało się okresem żniw dla reprywatyzacyjnej gangsterki zalegalizowanej na podstawie ideologii nienawiści do PRL". Przez 30 lato prano mózgi Polakom, że prywatna własność jest święta i zagrabione mienie trzeba oddać. Namnożyło się rzekomych pokrzywdzonych, czyli spadkobierców przedwojennych właścicieli. Wystarczyło ubrać się we właściwą biografię (powstaniec, akowiec, żołnierz wyklęty/niezłomny). I tak jedynymi ofiarami reprywatyzacji stali się głównie samotni seniorzy oraz ich rodziny, które po spędzeniu całego życia w mieszkaniu, musieli je oddać nabywcom roszczeń. Mimo że ci swoje tytuły do własności utracili bezpowrotnie dawno temu. "Jeżeli sejmowa komisja Jakiego będzie działać według tego uproszczonego schematu politycznego dzielenia obywateli na krzywdzicieli i poszkodowanych, można być pewnym, że poza igrzyskami niczego nie dokona. /.../ Przywoływanie rzekomych moralnych praw dawnych właścicieli i traktowanie PRL jako czarnej dziury w polskich dziejach, w której stan prawny sprzed 1939 r. został czasowo zamrożony, jest tylko przenoszeniem na obszar prawa kiepskiej polityki historycznej i nie ma nic wspólnego ani z prawem, ani ze sprawiedliwością . /.../ Nie ma też takiego państwa, w którym obecni właściciele byliby w stanie wywieść swoje prawa własnościowe od stworzenia świata, i z tej przyczyny, poczynając od prawa rzymskiego, w każdym cywilizowanym prawodawstwie funkcjonuje instytucja zasiedzenia własności oraz przedawnienia roszczeń. Inaczej nikt nie mógłby być pewny swojego majątku."

"Nie" nr 20

Cała kasa unijna w ręce PiS! Albo - Cała Unia buduje polską Prawicę – tak można podsumować to, co robi partia Jarosława Kaczyńskiego, żeby dobrać się do pieniędzy z Brukseli – pisze Tadeusz Jasiński w "Fidze z Oslo".

Poprzednia władza oddała miliardy dotacji w ręce samorządom, obecna kładzie na nich łapę. W kraju jest 16 Wojewódzkich Funduszy Ochrony Środowiska. Do wydania mają prawie 10 mld zł. Fundusze to również około 1000 etatów. Nie do pomyślenia dla rządzących, żeby hajs dostał się w obce ręce, a stanowiska zajmowali nie - pisowcy! No i ustawą parlamentarną zmieniono istniejący stan rzeczy. "Teraz jest tak, że rady i zarządy Wojewódzkich Funduszy Ochrony Środowiska wyznaczać będzie nie – jak dotychczas – sejmik wojewódzki, lecz minister Szyszko za pośrednictwem wojewodów." Zmniejszy się skład zarządów. No i dobrze, bo pracownicy kosztują. Fundusze zaś mają iść na konkretne działania ekologiczne. Na początek skorzystała mało znana fundacja redaktora naczelnego "Gazety Polskiej" – 6 mln zł. Na pewno nie zabraknie mediom braci Karnowskich i ojcu Rydzykowi. "Forsy może natomiast braknąć na wały powodziowe, melioracje i różne takie. Trzeba bowiem pamiętać, że urzędnik, mianowany przez tę partię, boi się rozdysponować środki finansowe na coś innego niż dobro partii. Bo zawsze może się pojawić CBA i udowodnić, że złamano prawo. Dlatego pisowski urzędnik unika podejmowania decyzji finansowych." Przeciwdziałaniem bezrobociu na razie zajmują się pośredniaki. I one mają swoje pieniądze. PiS chce je przejąć. Trwają prace nad ustawą o zmianie podległości urzędów pracy. Przez to powiaty stracą 6,6 mld zł, ale zyska PiS. "A aktywizacja to nie tylko szkolenia bezrobotnych organizowane przez NSZZ "Solidarność". To również wielkie akcje propagujące, co się chce. Od aktywizacji kobiet po promowanie pełnowartościowości niepełnosprawnych. No i takich tam różnych form zatrudniania matek małych dzieci na ćwierć etatu." Będzie co dzielić! Co z tego, że dziesiątki miliardów euro na realizację programów w zakresie polityki spójności miało być w gestii urzędów marszałkowskich. Teraz będą dzielone przez rząd, czyli wojewodów. Do średnich miast popłynie jednak mniej pieniędzy. Dla 255 miejscowości zaplanowano 2,5 mld zł, czyli ok. 10 mln zł dla jednej i to na 4 lata. A z tego wybuduje się najwyżej skwerek z fontanną i pomnik. Wiadomo, czyj. Gorzej z tzw. funduszami norweskimi. PiS nie godzi się, by Norwegowie decydowali, na co idą ich pieniądze. Jako że to środki publiczne, i one powinny być dzielone przez rząd. Zamiast dla organizacji pozarządowych zajmujących się mniejszościami, należałoby je przeznaczyć np. dla klubów "Gazety Polskiej". A jak nie, zawsze można powiedzieć, że są źle rozdysponowane. "Bruksela zażąda zwrotu. Staniemy okoniem i nie oddamy? A na dodatek wyjdziemy z Unii? – pyta autor.

"Duży Format" nr 20

Jan Krasnowolski, pisarz, mówi Tomaszowi Kwaśniewskiemu w "Apetycie na łabędzie", jak zmieniła się Wielka Brytania, kiedy dotarł na Wyspy milion Polaków i dlaczego po 11 latach pobytu tam do Polski już nie wróci.

Dziś ekonomiczni emigranci z Polski przestali być egzotyką. Są codziennością. Nawet w bankach pojawiły się okienka z napisem: "Mówimy po polsku", co ludzi jednak złości. Drażni też, jak w miejscach publicznych mówi się po polsku. Wiele razy ktoś usłyszał: "Mów po angielsku". "Teraz jak nie mówisz po angielsku, i to płynnie, to będziesz miał problem z pracą. A dziesięć lat temu mało kto mówił po angielsku i wszyscy dostawali pracę." Trzeba widzieć, że w Anglii też jest bieda. Ludzie żyją z zasiłków. Tyle że nikt z tego dumny nie jest. Niestety, Polacy przywożą do kolorowej Wielkiej Brytanii uprzedzenia. Nie potrafią się pogodzić z różnorodnością ras – "w zeszłym roku kilku Polaków wrzuciło bekon do meczetu. Zostali złapani, bo to podeszło pod nienawiść na gruncie religijnym. Choć ostatnio było takie zdarzenie, które trochę zmieniło tę sytuację. Kilku nastolatków biło polskiego chłopaka. Wyleciał właściciel sklepu, Hindus, stanął w jego obronie. Zebrał potworny łomot, wylądował w szpitalu. Ale przy okazji, taką mam nadzieję, wielu Polaków zobaczyło, że ten "ciapaty" zachował się w porządku." W pracy Polacy są traktowani sprawiedliwie. "Tu jest w drugą stronę, wykonasz jakąś debilna pracę, przychodzą i klepią cię po ramieniu, mówią: "Well done". I to jest trochę ogłupiające, ale też fajne, bo masz satysfakcję." Cóż, Anglicy są inni. "Anglik się z tobą spiera spiera, aż nagle mówi: "Dobra, cześć, miłego dnia". I ty myślisz, że sprawa załatwiona, a tu się okazuje, że on poszedł i cię podpieprzył do szefa albo zadzwonił na policję. Oni po prostu uznają, że nie ma sensu na siebie krzyczeć, szkoda czasu i nerwów, po to jest państwo, przełożony, prawo, żeby załatwiać takie sytuacje." Jeśli chodzi o bhp, należy nawet donosić na kolegów, jeśli np. nie noszą kasków ochronnych. "I co miesiąc trzeba /.../ oddać tę karteczkę z dziesięcioma co najmniej obserwacjami." J. Krasnowolski do kraju nie wróci, choć i w Anglii na stałe nie zamierza zostać. Na razie podoba mu się tu, zwłaszcza jak chce się wymienić prawo jazdy. Bo "wypełniasz formularz, wysyłasz pocztą, za tydzień wraca zrobione. A jak włamali się do garażu i ukradli rower, to raz, że natychmiast przyjechała policja, a dwa, że wieczorem zadzwonili, zapytali, czy nie potrzebuję opieki psychologicznej albo grupy wsparcia dla ofiar przestępstw. No a w Polce, jak mi się brat zabił, to nikt nawet nie zapytał, czy ja się dobrze czuję."

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ