reklama

Na innych łamach

"Gość Niedzielny" nr 21

Dr Michał Łuczewski z Centrum Myśli Jana Pawła II w Warszawie przekonuje Andrzeja Grajewskiego, że mamy do czynienia z "Powrotem człowieka pierwotnego".

Ludzie mieniący się obrońcami nowoczesności odwołują się bowiem często do pogańskich kodów kulturowych. Wydaje im się, że zrywają z dawnymi przesądami i religią, wybierając przyszłość, tymczasem tak naprawdę stają się niewolnikami, znanymi antropologom ze społeczeństw pierwotnych. Co ciekawe, wcale nie zdają sobie z tego sprawy. "Ani uczestnikom czarnych marszów, ani aktorom warszawskiej "Klątwy", ani protestującym przeciwko krzyżowi przed Pałacem Prezydenckim nie przyszło do głowy, że ich działaniami rządzą nie szczytne idee oświecenia, ale antyczna logika rytuału." Najpierw łamią tabu, odrzucają własne zahamowania, potem uwalniają najniższe pragnienia i popędy. Erupcja wulgarności prowadzi do coraz ostrzejszego konfliktu społecznego. Wtedy zaczyna się szukanie kozła ofiarnego. Na szczęście nie dochodzi do rozlewu krwi; lincz dotyczy symboli. "Przed Pałacem Prezydenckim rozerwano pluszową kaczkę, w czarny czwartek tłum protestujących udał się przed dom Jarosława Kaczyńskiego, żeby poinformować go, "jak skończyła Kaczka Dziwaczka", bo czarny poniedziałek niczego go nie nauczył", a w Teatrze Powszechnym powieszono figurę Jana Pawła II i wyobrażano sobie zbiórkę pieniędzy na zabójstwo Jarosława Kaczyńskiego. To było ironiczne. Ale ta ironia nie pozwala nam dostrzec tego, jak fantazje o śmierci stają się coraz brutalniejsze i jak archaiczna przemoc przyciąga ludzi nowoczesnych z wielką, niepowstrzymana mocą." Tu akademik pokazuje różnice między rytuałem a liturgią. Bo chrześcijaństwo rytuały zastąpiło właśnie liturgią. O ile rytuał prowadzi do wspólnej agresji wobec kozła ofiarnego, o tyle liturgia wskazuje, że ofiara jest niewinna. Wypada zatem prosić o przebaczenie win i... odpuszczać winowajcom. Zwraca przy tym uwagę, że laickości można bronić w cywilizowany sposób. Tak się jednak nie dzieje. Protestujący nie korzystają z cywilizowanych form przekonywania do swych racji, takich jak publiczna, polityczna, czy prawna debata. Od razu przechodzą w sferę rytuału. "Są wulgarni, agresywni, zmierzają do konfrontacji i zaostrzenia konfliktu, który - zgodnie z logiką rytuału – musi skończyć się znalezieniem ofiary. Teraz obiektem agresji jest Jarosław Kaczyński." Wcześniej był nią jego brat bliźniak. W społeczeństwach pierwotnych bliźniacy wzbudzali paniczne lęki. Niekiedy zatem dla ocalenia wspólnoty zabijano jednego albo obu. Tym razem rytuału dopełniła katastrofa pod Smoleńskiem. Kaczyński umarł naprawdę. To co znajdowało się dotąd w sferze marzeń, teraz tragicznie się zmaterializowało. A że logika "wszyscy przeciwko jednemu" osiągnęła kres, na chwilę zapanowała jedność społeczna. Ba, nastąpiła sakralizacja osoby dotychczas bezlitośnie tępionej. Jedność pękła przy próbach usunięcia krzyża z Krakowskiego Przedmieścia. Jego przeciwnicy potraktowali go nie jako symbol niewinnego cierpienia, ale jako znak obozu politycznego, który należy wyeliminować.

"Nie" nr 19

Konstytucja 3 Maja nie uratowała państwa przed upadkiem – mówi Andrzejowi Rozenkowi prof. Jacek Matuszewski, kierownik Katedry Historii Państwa i Prawa Polskiego UŁ, w wywiadzie "Hańba trzeciomajowa".

Tak naprawdę reformę państwa rozpoczęła polska szlachta w 1764 r. dla... ratowania własnej skóry. Zresztą ówcześni posłowie nawet nie wiedzieli nad czym głosowali, bo nie dostarczono im na czas dokumentów. Poza tym, nie dość że Sejm był nielegalnie przedłużony, to nielegalnie powiększono jego skład. Konstytucja zatem też nie była legalna. Projekt przyniósł król Stanisław August Poniatowski. "Głosowania w zasadzie nie było. Król podniósł rękę, bo chciał jeszcze coś powiedzieć, a wtedy ktoś krzyknął: "Król jest za konstytucją!" Zwolennicy konstytucji, wcześniej zresztą zaprzysiężeni, że będą za nią głosować, zakrzyczeli wszystkich. Marszałek Sapieha, który miał wątpliwości, chciał protestować, został wzięty na ręce i pod hasłem "Niech żyje marszałek!" podrzucano go do góry." Mówi się dziś, że konstytucję przyjęto przez aplauz. Przy protestach jak to jednak demokracja ... Ba, dwa tygodnie po uchwaleniu konstytucji już ją złamano. I wcale polska konstytucja nie była jedną z pierwszych. Stany Zjednoczone miały swoją wcześniej. Również Szwecja. Tyle że Szwedzi tego nie eksponują. Inna rzecz, że my mieliśmy artykuły henrykowskie z 1573 r. To nic innego, jak akt rangi konstytucyjnej. Dlaczego się o tym nie mówi? "Bo prawo uchwalono pod protekcją carskiego ambasadora?". Na dodatek opowiadanie, że szlachta to twórcy ustroju i obrońcy ojczyzny, jest bzdurą. "Od czasu jak szlachta dorwała się do władzy, wszystko, co robiła, służyło ochronie przed jakimikolwiek powinnościami wobec państwa czy króla. Chciała doić państwo, w zamian nie dając nic. Pospolitego ruszenia praktycznie nie zwoływano, podatki obciążały chłopów, mieszczan, a nawet kościół, ale nie szlachtę. Ja ich nazywam pasożytami, bo oni na państwie pasożytowali." Te zaledwie 4 -7 proc. obywateli. Konstytucja była zatem aktem prawnym dla garstki ludzi. I nic dobrego w niej się nie znalazło. Gdyby nie bunty, eksponowanie swojego nieuzasadnionego patriotyzmu, do drugiego i trzeciego rozbioru by nie doszło. "Wystarczyło poczekać 5 lat, siedzieć cicho /.../. Gdyby nie Konstytucja 3 Maja, żylibyśmy cały wiek XIX we własnym państwie. /.../ I tego nam dzisiaj brakuje. Nie byłoby germanizacji, rusyfikacji, powstań... Ile krwi, ile żywotów straciliśmy. /.../ Proszę zrozumieć: to Rosja była gwarantem naszej państwowości. A myśmy jej podskakiwali bez możliwości realnej obrony. Mogliśmy być państwem pod rosyjskim protektoratem albo stracić państwo na rzecz trzech zaborców." Konstytucja 3 Maja pozbawiła nas państwa. "Czy naród może spotkać większe nieszczęście? A my fundujemy pamiątkę tragedii narodowej, czyli Świątynię Opatrzności Bożej. Niech szlachta za to płaci, współczesna arystokracja! Co taki człowiek chamskiego pochodzenia jak ja ma z tym wspólnego?

"Polityka" nr 22

Kiedy do chorego dziecka w jednym z polskich miast przyjechał 88 – letni lekarz, rodzice zawnioskowali o jego zwolnienie, bo – ich zdaniem – źle słyszał, słabo widział i nie był sprawny fizycznie. Nie wiedzieli, że i tak mieli szczęście, że lekarz się zjawił. Przecież wkrótce w karetkach pogotowia lekarzy wcale nie będzie.

To nie jest tak, że ustali się granice wieku pracy dla lekarzy i zastąpi starszych młodymi. Gdyby dziś starsi medycy, wzorem reszty społeczeństwa, odmówili pracy "aż do śmierci", musielibyśmy leczyć się sami. Młodzi ich nie zastąpią, wolą leczyć ludzi za granicą – wyjaśnia Joanna Solska w publikacji "Lekarzy jak na lekarstwo". Do niedawna najdłużej pracującym lekarzem pogotowia ratunkowego był słupszczanin. Pracę zaczął w 1951 r. Z ostatniego dyżuru w karetce zszedł przed 95. urodzinami. Aż 30 proc. finansowanych przez NFZ procedur wykonują lekarze, którzy przekroczyli wiek emerytalny. Średni wiek lekarza specjalisty to 55 lat. "Na przykład na Mazowszu mediana wieku otolaryngologów wynosi... 72 lata. Połowa specjalistów z tej dziedziny jest starsza. W dodatku lekarze starzeją się szybciej niż pacjenci, ponieważ odchodzących nie zastępują młodzi. Luka pokoleniowa staje się coraz większa." Szacuje się, że z kraju wyjechało już 10 proc. lekarzy. Jesteśmy na ostatnim miejscu w UE pod względem liczby lekarzy przypadających na 10 tys. mieszkańców. W Europie gorzej jest tylko w Czarnogórze. U nas taki wskaźnik wynosi 22, podczas gdy w Norwegii - 40. Nie dziwi zatem, że lekarz w Polsce pracuje na kilku etatach. W przeciwnym razie nie miałby kto diagnozować pacjentów i obsługiwać kupionego za duże pieniądze nowoczesnego sprzętu. Podczas gdy norma unijna wynosi 48 godzin pracy, u nas lekarz leczy ponad 120 godzin w tygodniu! Nie ma co ukrywać, w Polsce lekarz może być przepracowany, albo... żaden. Stąd błędy medyczne. Problem jest wszystkim znany, ale rządzący nic z tym nie robią. Bo lekarze stawiają warunki płacowe. Resort na ten temat rozmawiać nie chce. Lekarze liczą, że rządzących zmuszą do tego pacjenci. Na razie medycy dalej wyjeżdżają za granicę.

"Przegląd" nr 21

"Płoty i mury nie odgrodzą nas od uchodźców" – uważa Thomas Nord, przewodniczący Niemiecko – Polskiej Grupy Parlamentarnej, deputowany do Bundestagu z ramienia partii Lewica, z którym rozmawiał Krzysztof Pilawski.

Wygrana PiS w wyborach 2015 r. niewątpliwie zaskoczyła Niemcy. Długo szukano odpowiedzi na pytanie, jak ułożyć sobie relacje z nowym rządem w Warszawie. "Obecnie sprawa wygląda inaczej – PiS rządzi, kontakty między naszymi państwami się normalizują. To nie znaczy, że różnice się zatarły, ale w niektórych dziedzinach udało się przywrócić normalność, a współpraca gospodarcza cały czas układa się bardzo dobrze. Odnosimy wrażenie, że w kilku kwestiach PiS skorygowało kurs." Zmieniło nawet podejście do Trójkąta Weimarskiego, choć priorytetem miała być Grupa Wyszehradzka i współpraca w ramach Międzymorza. "Władze naszych państw starają się rozmawiać w sposób rozsądny, koncentrują się na rozwiązywaniu problemów, a nie eskalowaniu ich. /.../ Jestem lewicowcem, często krytykujemy politykę niemieckiego rządu, bo z punktu widzenia Lewicy jest ona nazbyt egocentryczna, za mało uwagi koncentruje na trosce o rozwój innych państw. Ale trzeba od razu dodać, że Polska została w najmniejszym stopniu dotknięta tą polityką. Dominacja Niemiec dotyczy głównie południa Europy – Grecji, a także Włoch i Portugalii. Nie sądzę, by Unia i Niemcy zrewidowały obecną pomoc dla Polski, bo nie podoba im się rząd w Warszawie. To byłoby zresztą sprzeczne z traktatami unijnymi. Ponadto zastosowanie wobec Polski sankcji finansowych oznaczałoby, że taki sam instrument można wykorzystać wobec każdego innego państwa unijnego, w tym Niemiec." Na pewno Polskę i Niemcy różni podejście do uchodźców. Niemcy spodziewały się większego wsparcia innych krajów w przyjmowaniu uciekających z terytoriów ogarniętych wojną. "Może powinniśmy zachęcać hojniejszym wsparciem finansowym, a nie grozić ograniczeniem środków?" Tyle że żaden kraj pojedynczo nie poradzi sobie z problemem uchodźców w szybko zmieniającym się świecie. W żaden sposób nie odgrodzi się od nich, choćby stawiał płoty i mury.

"Newsweek" nr 23

To nie są już jednostkowe przypadki. Nadużywanie siły w komisariatach zaczyna być poważnym problemem - pisze Paweł Reszka w tekście "Przepraszam, czy tu biją".

Śmierć Igora Stachowiaka we wrocławskiej komendzie policji, gdzie kilkakrotnie rażono go paralizatorem nawet nie dziwi rozmówcę autora - emerytowanego pracownika Biura Spraw Wewnętrznych. Zaczynał od prostego "krawężnika", więc zna dobrze realia. "Badałem korupcję, gwałty – nawet morderstwa popełniane przez policjantów. /.../ Czasem udowodnienie czegoś było bardzo trudne. Trzeba było stosować techniki operacyjne, szukać informatorów wśród przestępców i policjantów. A Stachowiak? Przepraszam za brutalność, ale to drobna i prosta sprawa. /.../ Źli idą siedzieć, policja przeprasza i jest czysta". Niby statystyki nie wskazują na nagminne dopuszczanie się przemocy przez policję. Tyle że przestępstwa albo nie wychodzą na jaw, albo są trudne do udowodnienia. "Najgorszą sławą cieszą się policjanci z wydziałów kryminalnych, dla których kontakty z przestępcami to codzienność." Czasami przemoc aż kłuje w oczy. Opowiada były prokurator: " Widzę, że kobieta była cztery razy przesłuchiwana w tej samej sprawie. Odmowa przyznania się do winy, odmowa, odmowa i w końcu przyznanie się. Kobieta jakaś nieswoja. Pytam, czy coś się stało. Wybucha płaczem: "Musiałam się przyznać". Okazuje się, że przesłuchiwano ją non stop – policjanci się zmieniali, ona na krześle, obok niej trzech facetów; krzyczą, grożą, obiecują: "Przyznasz się, to zaraz wyjdziesz". Brutalności w szkołach policyjnych nie uczą. Uczy ulica i koledzy - "starzy kryminalni". Pobić na komisariatach najczęściej jednak nie sposób udowodnić. Zeznania policjantów stoją bowiem w sprzeczności z zebranym materiałem. Zmowa milczenia jest standardem. Pobici zresztą boją się zgłaszać popełnienie przestępstwa, stąd statystyki wyglądają dobrze. Bo mają tak wyglądać. W 2013 r. komendy policji i areszty wizytowali europejscy eksperci ds. nieludzkiego traktowania ludzi. W ich raporcie znalazł się taki zapis: "członkowie delegacji uzyskali informacje o znacznej liczbie zarzutów fizycznego niewłaściwego traktowania osób zatrzymanych przez policję (w tym także nieletnich). Zarzuty dotyczyły głównie uderzeń otwartą dłonią, uderzeń pięściami, kopnięć, uderzeń pałkami policyjnymi oraz ciasnego zapinania kajdanek". Za tortury uznano już uderzenia pałką policyjną w pięty stóp oraz przypalanie ramienia papierosem (znaleziono ślady), nie mówiąc o rażeniu prądem.

"Pani" nr 5

Ostatnio naukowcy udowodnili, że psychopatyczne cechy, jak brak empatii, niski poziom lęku i problemy w przyswajaniu odruchów moralnych są... dziedziczne - informuje Magdalena Jankowska w tekście "Nie dręcz mnie". Tacy ludzie mają tendencję do łamania prawa. Przekraczają granice, ryzykują, narażając siebie i innych.

Większość z nich żyje podwójnym życiem. Z jednej strony wykorzystują i krzywdzą, z drugiej są towarzyscy, tyle że manipulują swoim wizerunkiem kłamiąc, by osiągnąć swój cel. "W rozdwojonym świecie żyją również ludzie o osobowości chwiejnej emocjonalnie, nazywanej przez specjalistów bordeline. Impulsywni, z ciągłą huśtawką nastrojów, mają okresy, gdy czują się dobrze, wtedy świat jest dla nich piękny, a ludzie wspaniali. Ale Mr Hyde nie śpi – wystarczy krytyczna uwaga, sprzeciw, niechętny ton i piękny świat się rozpada. Wtedy ludzie bordeline czują się osaczeni, ci, których kochali, okazują się wrogami, miłość zmienia się w nienawiść, zachwyt w erupcję gwałtownego gniewu. W tej fazie mogą stosować przemoc – po pierwsze dlatego, że mają poważny problem z samokontrolą, a po drugie, bo partner zmienia się nagle w ich oczach z przyjaciela w przeciwnika, który coś knuje. Jest jeszcze inny powód. Paradoksalnie te impulsywne, agresywne działania to rozpaczliwe wysiłki, by uniknąć porzucenia, którego boją się najbardziej /.../." Awantury zatem służą zatrzymaniu drugiej osoby, choć może się to wydawać nielogiczne. Sprawcy przemocy wpadają w panikę, że stracą kontrolę nad sytuacją, bo partner jest zbyt niezależny. "Przemoc daje poczucie siły i kontroli, przez co nie zdają sobie sprawy, jak bardzo są zależni od swojej ofiary i jak jej potrzebują." Prawie w każdym związku pojawia się element walki o władzę. Nie w każdym jednak przejmuje się ją siłą. Wszyscy przecież przeżywamy złość, nienawiść i inne złe emocje. Ale nad nimi panujemy. "Jeśli ktoś zdecydował się uderzyć, to jest to jego decyzja, jego odpowiedzialność. Sprawca jest jeden. Ofiara tylko reaguje, tylko się broni, tylko nie chce ulec. /.../ Długotrwałe maltretowanie prowadzi do wyuczonej bezradności /.../. Pojawia się poczucie bezsilności, zamkniętej przyszłości /.../. Ofiara przestaje się bronić przed atakami, wreszcie zaczyna wierzyć, że jest odpowiedzialna za to, co partner jej robi i coraz bardziej ogranicza kontakty z ludźmi, bo czuje wstyd i strach, że prawda wyjdzie na jaw. Tymczasem niczego bardziej nie potrzebuje jak pomocy z zewnątrz" – uświadamia autorka.

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ