reklama

Duchy przeszłości

Mimochodem

 

Również każda informacja o przyznaniu komuś tytułu Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata sprawia, że ta opowieść sprzed lat wraca. Nie mówiąc o co jakiś czas odświeżanych doniesieniach o zbrodniczych działaniach Polaków w końcówce II wojny światowej, którzy niekiedy dla jednego pierścionka, ale także bez materialnego powodu, mordowali sąsiadów żydowskiego pochodzenia, choć - wydawać by się mogło – że ci najgorsze mieli już za sobą. Przetrwali wojnę, wspierani przez innych, życzliwych im Polaków.

Tekst o miasteczkach "skrywających żydowskie tajemnice", takich jak opisany w 16 numerze "Przeglądu" Klimontów, znajdzie się więcej. Maniusia Raifer ukrywała się przez 5 lat w leżącym o rzut beretem od Klimontowa Osieku. I to jej historia odbiera mi spokój. Mimo że Maniusi nie znałam; była znajomą mojej rodziny. O Klimontowie i Osieku więc wiedziałam. Nie przypuszczałam jednak, że także Starachowice mają podobny niechlubny epizod.

W 19 numerze "Przeglądu" trafiłam na list jednego z czytelników, podpisany imieniem i nazwiskiem, z którego znów wyłoniły się duchy przeszłości. W jak najgorszym kontekście: "Byłem świadkiem – pisze czytelnik – jak w maju 1945 r. do przyszpitalnej kostnicy w Starachowicach przywieziono dwie pełne furmanki zamordowanych Żydów i kilku Polaków, którzy udzielili im schronienia. Pomordowanych pochowano bardzo dyskretnie, bez żadnego ceremoniału, i tylko nieliczni mieszkańcy Starachowic wiedzą o tym bestialskim mordzie. Był on znacznie okrutniejszy od hitlerowskiego, bo został popełniony na nielicznych ocalałych z pogromu Żydach oraz Polakach, którzy zmęczeni okrucieństwem wojny przystąpili do odbudowy zrujnowanego wojną kraju."

Maniusia Raifer swój grób ma gdzieś w osieckim lesie. Została zamordowana mniej więcej w tym samym czasie, kiedy okupanta niemieckiego na Sandomierszczyźnie już nie było. Rodzina seniorki rodu tylko na chwilę zostawiła ją samą, jak sądzono, bezpieczną. Nikt nie spodziewał się, że po powrocie jej nie będzie. I to miasteczko skryło żydowską tajemnicę, choć sprawców zbrodni wskazywano po cichu palcem.

Wracając do Starachowic, czytelnik "Przeglądu" pisze dalej: "Tego mordu dokonali, jak dzisiaj o nich się mówi, "bohaterscy żołnierze wyklęci". Dla mnie to nie żadni "żołnierze wyklęci", tylko przeklęci – najpospolitsi bandyci. O tym wydarzeniu, a także trzech innych faktach, poinformowałem 18 lipca 2003 r. Instytut Pamięci Narodowej. Śledztwo wszczęto tylko w sprawie starachowickiej, uznając, że to "zabójstwo dokonane przez osoby idące na rękę władzy państwa niemieckiego – z dekretu dla faszystowsko – hitlerowskich zbrodniarzy". Zaprotestowałem przeciwko takiej kwalifikacji zbrodni, twierdząc, że w maju 1945 r. Niemców już w Starachowicach nie było, a zbrodni dokonali Polacy. Po dwóch latach zapytałem IPN o wynik śledztwa. Otrzymałem odpowiedź, że istotnie ustalono, że zamordowanych zostało ośmiu Żydów i czterech Polaków i że "działanie nieustalonych sprawców miało jednoznacznie charakter rabunkowy", a "zbrodnia przedawniła się po upływie lat dwudziestu". Czy taka odpowiedź nie jest najdobitniejszym dowodem tendencyjności działania IPN? Przecież tylko ktoś wyjątkowo naiwny może uwierzyć w taką bzdurę, że w celach rabunkowych zamordowano aż ośmiu Żydów i czterech Polaków. Oto przykład, jak IPN faktycznych bandytów usiłuje kreować na "bohaterskich żołnierzy wyklętych".

Maniusia Raifer ponoć zginęła, bo akurat miała złoty pierścionek. Tyle że zamordowali ją ludzie, którzy potem przyznawali się do czynnego udziału w partyzantce. Profitami z tego tytułu długo się jednak nie cieszyli, bo życie ułożyło się zupełnie nie po ich myśli, przynosząc wiele porażek. Sprawiedliwość opatrzności?

O wydarzeniach tamtych lat wciąż przypomina przedarte na pół w albumie seniorki rodu zdjęcie z beztroskich jeszcze przedwojennych czasów. Żeby nie widać było na nim młodzieńców, którzy później tak paskudnie splamili swój honor i honor swojej ziemi.

/ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ