Na innych łamach

"Gość Niedzielny" nr 19

Zbigniew Ziobro zaproponował zmianę art. 25 Kodeksu karnego – informuje Jarosław Dudała w "Prawie Ziobry".

Każdy powinien mieć prawo do obrony w sytuacji, która zagraża jego życiu i zdrowiu. Prawo ma chronić obywatela, a nie bandytę, który dopuszcza się przestępstwa. Stąd propozycja, by dodać do dotychczasowego zapisu następujące zdanie: "Nie podlega karze, kto przekracza granice obrony koniecznej, odpierając zamach polegający na wdarciu się mieszkania, lokalu, domu albo ogrodzonego terenu przylegającego do mieszkania, lokalu, domu lub odpierając zamach poprzedzony wdarciem się do tych miejsc – chyba że przekroczenie granic obrony koniecznej było rażące." Minister chce, żeby prawo mocniej stało po stronie napadniętego we własnym domu. Jest to również zgodne z Katechizmem Kościoła Katolickiego. Ten stwierdza, że "uprawniona obrona osób i społeczności nie jest wyjątkiem od zakazu zabijania niewinnego człowieka, czyli dobrowolnego zabójstwa /.../. Kto broni swojego życia, nie jest winny zabójstwa, nawet jeśli jest zmuszony zadać swemu napastnikowi śmiertelny cios." Tyle że katechizm przypomina jednocześnie, iż "jeśli ktoś w obronie własnego życia używa większej siły, niż potrzeba, będzie to niegodziwe. Dozwolona jest natomiast samoobrona, w której ktoś w sposób umiarkowany odpiera przemoc." I dalej: "gdyby ktoś pochwycił złodzieja w czasie włamywania się [ w nocy] i pobił go tak, iżby umarł, nie będzie winien krwi" – głosi Księga Wyjścia (22,1 – 2a)." Trzeba jednak wspomnieć, że dotychczasowy zapis odpowiada nauczaniu Kościoła. Katolik może jednak żądać jego zmiany. Bo Kościół nie narzuca prawodawcom precyzyjnych rozwiązań prawnych. Poza tym w pewnych okolicznościach nawet poprawny przepis prawa może nie sprawdzać się w praktyce. I taka sytuacja – należy sądzić - ma miejsce. Inaczej mówiąc, obecny artykuł brzmi literalnie nieźle, ale bywa stosowany w sposób bulwersujący opinię publiczną, a także specjalistów w dziedzinie prawa karnego. Sądy przyjmują na przykład, że jeśli napastnik miał nóż, bronić się można było tylko nożem (!). Praktyka sądowa zatem nie chroni w należyty sposób praworządnego obywatela. "Dlatego propozycja ministra Ziobry może wyjść na dobre wymiarowi sprawiedliwości. Może pozytywnie wpłynąć na społeczne poczucie bezpieczeństwa. Może też lepiej odpowiadać nauczaniu moralnemu Kościoła w tym sensie, że wydaje się mieścić w ogólnych zasadach Katechizmu i prawdopodobnie lepiej odpowiada polskiej rzeczywistości." Ale jako że prawo nigdy nie jest doskonałe, z ostatecznymi ocenami lepiej poczekać aż zadziała w praktyce.

"Polityka" nr 20

"Lepsza cegiełka niż mieczyk" – uważa Krzysztof Mazur, politolog i filozof, rozmówca Rafała Wosia. Jest zarazem prezesem Klubu Jagiellońskiego, działającego od lat 80., zrzeszającego państwowców, nastawionych na budowę podmiotowej Polski. Wyszli z niego m.in. Krzysztof Szczerski czy Jarosław Gowin.

Nie ma nic wspólnego z salonem Jarosława Kaczyńskiego, który ma skłonność pokazywać, że tylko my wiemy, co jest dobre. Co nie znaczy, że J. Kaczyńskiemu nie należą się słowa uznania. "To ostatni facet na horyzoncie, który umie łączyć kompetencje polityczne z intelektualnymi. Mam wrażenie, że po nim na prawicy zapanują albo intelektualiści, którzy nie będą potrafili sklecić partii na więcej niż 5 proc., albo politykierzy. Niestety." Dalej K. Mazur analizuje dorobek "dobrej zmiany". Usprawiedliwia taki a nie inny skład rządu. " Masz ekipę - tłumaczy – która była z tobą na dobre i złe od początku lat 90. Która przetrwała bezpardonowy atak kulturowy na PiS po 2005 r. Nie możesz teraz, kiedy przyszło zwycięstwo, zostawić ich samym sobie i wziąć do rządu samych Morawieckich." I nie ma w tym wcale nepotyzmu. To specyficzny styl widzenia świata, który dominuje na szczytach PiS. Jest taki z powodu drogi, którą ta formacja przeszła. Działaczom na pewno brakuje doświadczenia i obycia. "Weźmy panią premier. Gdyby Beata Szydło przez ostatnie 25 lat miała częstszy kontakt z administracją rządową, to byłaby dziś lepszym premierem. Podobnie bardzo wielu polityków PiS, którzy wchodzą do instytucji i trafiają tam na ścianę. Więc reagują ofensywnie. Widzą bunt, więc próbują go zdławić. Wzniecają konflikty, które nikomu nie służą. Widać to zwłaszcza w polityce edukacyjnej czy służbie zdrowia." Obawiać się należy, że traktując opozycję nie fair, strategia PiS może obrócić się przeciwko partii. PiS przesadził sprowadzając rolę Trybunału Konstytucyjnego do roli notariusza rządu. Debatę o polskim sądownictwie też można było przejść lepiej. Podobnie jak o migrantach. Należało sprowadzić spór na poziom traktatowy, a nie odwoływać się do antyimigracyjnych sentymentów. Ale już posunięcia J. Kaczyńskiego w UE łatwo wytłumaczyć. Wie, że nie może wejść do strefy euro. Nigdy tego nie chciał, toteż gra na podniesienie kosztu transakcji. Z kolei oporując przeciwko Donaldowi Tuskowi jako szefowi Rady Europejskiej zapewnił sobie alibi na wypadek Europy dwóch prędkości. Będzie mógł powiedzieć, że tak Polskę urządził... niemiecki kandydat.

"Newsweek" nr 21

Aleksandra Pawlicka zapowiada nadejście "Brunatnej fali". Prawie nie ma dnia, żeby w Polsce nie doszło do napaści na tle nacjonalistycznym. Do połowy 2015 r. notowano kilkanaście ataków o charakterze rasistowskim, neofaszystowskim, ksenofobicznym i dyskryminacyjnym miesięcznie. Obecnie jest kilka, ale dziennie.

Na warszawskiej Ochocie odbywało się 8 maja br. spotkanie z Adamem Michnikiem. Zaczęło się spokojnie. Ale już po trzech kwadransach ujawniła się z transparentem Młodzież Wszechpolska. Padły inwektywy. Potem poszły w ruch pięści. Najbardziej agresywne były młode wszechpolki. "Niektóre wyglądały na nieletnie. Uderzały na oślep i uciekały – opowiada świadek zajść /.../." Podczas głośnego marszu ONR w końcówce kwietnia br. zademonstrowano prawdziwą siłę. Nacjonaliści poczuli, że mogą wszystko. Tym bardziej że chroniły ich instytucje państwowe. Czując się bezkarni, co jakiś czas niszczą siedzibę Kampanii Przeciwko Homofobii na warszawskim Powiślu. Co z tego, że sprawa trafia na policję, jeśli za każdym razem jest umarzana z powodu niewykrycia sprawców. Bardzo aktywni są narodowcy w Krakowie, Lublinie, Częstochowie. Zwłaszcza Jasna Góra tonie w gestach faszystowskich pozdrowień. Płoną pochodnie, a w rozstawionych podczas pielgrzymek namiotach są sprzedawane agitujące pisma i gadżety. "Na murach pojawiają się transparenty wypisywane czcionką neofaszystowskiej organizacji Krew i Honor. Dominują hasła: "Śmierć wrogom ojczyzny" i Wielka Polska Katolicka". Tysiące gardeł po mszach wykrzykuje: "A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści" i "Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę". Filmiki z tych zdarzeń krążą po Internecie." Pielgrzymki narodowców autoryzują nacjonalizm, bo paulini jawnie sprzyjają ruchom narodowo – radykalnym. "Podczas styczniowej pielgrzymki kiboli wielu zakonników nosiło szaliki z kikolskimi emblematami i hasłami oraz pomagało w rozwieszaniu transparentów." Narodowcy za swoją uznali restaurację i pub Cosmo poniżej Jasnej Góry. Lokal – wedle napisu – nie obsługuje bandytów z domiaru niesprawiedliwości (sędziów, prokuratorów, kuratorów etc.), wszelkich komunistów (multi-kulti, multisex, zielonych genderowców etc.) oraz współpracowników i sympatyków legalnych grup przestępczych (SB, PZPR, europejskiego sojuza, trzyliterowych służb itp.). Stąd biorą się apele o potrzebie delegalizacji ONR. W Częstochowie jest siedziba ruchu. Ponieważ podano fikcyjny adres, prokuratura ma rozstrzygnąć, czy nie zostało naruszone prawo. Jeśli tak się stało, prezydent miasta może zdelegalizować organizację działającą na jego terenie.

"Przegląd" nr 19

Coraz więcej niemieckich emerytów spędza jesień życia w Europie Środkowo –Wschodniej – pisze Wojciech Osiński w "Późnych przesiedleńcach". Ośrodki w Niemczech są drogie, stąd wiele osób ubiega się o miejsca na Węgrzech, w Słowacji, w Czechach i w... Polsce.

Przeprowadzają się do miejscowości, których nazw nawet nie potrafią dobrze wymówić: Dziwnówek, Vacoc, Strazny, Nemesbuk. Niemcy są drugim po Japonii krajem na świecie, w którym żyje najwięcej emerytów. "Co piąty Niemiec ma ponad 65 lat. 2,6 mln ludzi potrzebuje dodatkowej opieki. Do 2030 r. liczba ta ma wzrosnąć o 800 tys. Jednocześnie niemiecki system opieki pielęgnacyjnej w wielu miejscach jest niewydolny, ok.400 tys. osób wymagających pomocy nie jest w stanie sprostać comiesięcznym opłatom za miejsce w domu seniora. Emerytura i zasiłek opiekuńczy nie wystarczają na pokrycie kosztów, które w Niemczech są wysokie." O ile w Niemczech do domu starców trzeba dopłacić za pobyt rodziców np. 6 tys. euro miesięcznie, o tyle w Czechach dwoje seniorów zapłaci jedną trzecią tej sumy. Od stycznia br. co prawda obowiązuje w Niemczech nowa ustawa o pielęgniarstwie, zapewniająca nieco wyższy zasiłek opiekuńczy. Tyle że nadal wielu Niemców i tak nie stać na miejsca w niemieckich domach spokojnej starości. Dużą renomą cieszą się ośrodki węgierskie. Tu pielęgniarze są dobrze wykształceni. Pod tym względem dorównują im Polacy. Program pobytu przewiduje moc atrakcji. Wycieczki, kursy języka, gimnastyka, odczyty. Organizacja czasu wolnego to bowiem ważne zadanie, inaczej nuda i demotywacja osłabią organizm. Zresztą, im dłużej żyje senior, tym więcej zarabia taki ośrodek. Nie brakuje zarzutów, że "wyprowadza" się Niemców do biedniejszych krajów europejskich, a zatem działa na niekorzyść niemieckiej gospodarki. Odpowiedzią są innego rodzaju pytania: Czy zatrudnianie tańszych pielęgniarzy z Europy Środkowo – Wschodniej to coś lepszego? Czy gospodarki tych krajów na tym nie korzystają? Już dawno pielęgniarstwo stało się produktem rynkowym. Bacznie zwraca się uwagę na jakość usług, nie tylko na ilość. Standardy więc będą rosnąć.

"Nie" nr 17

Czy rząd Beaty Szydło w imieniu sierotek ruszy na wojnę z Kościołem? – zastanawia się w tekście "Pingwiny dziećmi karmione" Bożena Dunat. Taki wniosek nasuwa się z wypowiedzi szefowej resortu ds. rodziny.

Placówki opiekuńczo – wychowawcze od 2021 r. mają być bowiem małe. Przypominać domy rodzinne, z najwyżej 14 podopiecznych. Obecnie w tzw. instytucjonalnej pieczy zastępczej przebywa około 20 tys. dzieci. W bogatych krajach Europy umieszcza się je w rodzinach zastępczych. W Polsce brak środków na podobne rozwiązania. Nie bez znaczenie jest też opór środowisk związanych z domami dziecka. Przede wszystkim kościelnych. Polski Kościół prowadzi 92 domy dziecka. Tylko pojedyncze funkcjonują zgodnie z wymogami, czyli obecnie do 30 dzieci w sierocińcu; nie mogą w nim mieszkać młodsze niż siedmiolatki. W rzeczywistości przebywają nawet niemowlęta. Takie, którym należy się więcej opieki i troski. Tu padają nazwy miejscowości, z domami dziecka dla prawie setki dzieciaków. "Nie sposób policzyć, ile zakonów i w których placówkach łamie się prawo /.../. Bywa, /.../ że bidule podzielono na papierze, żeby zatkać gęby kontrolerom. Kościół pomaga potrzebującym dzieciom, prowadząc domy dziecka i specjalistyczne domy pomocy dla niepełnosprawnych dziatek. Do tej pory było o nich głośno nie z powodu ich wielkości, ale przypadków nieludzkiego traktowania podopiecznych." Ośrodek boromeuszek w Zabrzu nie jest w tym odosobniony (siostra Bernadeta trafiła do więzienia na dwa lata). Tu autorka przytacza historie maltretowanych maluchów. Przypadki bicia się powtarzają. Bo nikt nie sprawuje faktycznego nadzoru nad placówkami prowadzonymi przez zakonnice. "Nieograniczone zaufanie do habitów to polska specjalność. Urzędnicy wierzą, że kryją lepszych ludzi. Że w zakonach jest miłość, czułość, zrozumienie. Nie skrzywdziłyby muchy, głupotą jest więc sądzić, że będą bić dzieci. Zakony stoją murem za siostrami. Pomniejsze oprawczynie są natychmiast chowane. /.../ Tylko grube sprawy trafiają do sądów. Oskarżone zapewniają, że kierowały się dobrem wychowanków. Oni są agresywni, rozpuszczeni i złośliwi. Przeklinają, kradną. Dobrym słowem nie sposób uzyskać zadowalających efektów wychowawczych. /.../ Państwo nie radzi sobie z przekonaniem zakonnic, że nie wolno lać. Bo od tego nie przybywa rozumu. Że płodowego zespołu alkoholowego nie leczy się kopniakami. Że archaiczne metody wychowawcze powinny trafić do lamusa." Nikt nie ma odwagi powiedzieć wprost, że poturbowanymi przez życie dziećmi powinni zajmować się fachowcy.

"Gazeta Wyborcza" nr 100

O "Polskiej szkole twardogłowych" rozmawiała Aleksandra Szyłło z Piotrem Podemskim, badaczem edukacji historycznej.

Patrząc na zmiany wprowadzane przez PiS, należy się spodziewać jeszcze szybszej ucieczki od wolności niż za PO -PSL. Z pokolenia na pokolenie przenosimy przekonanie, że najważniejsze w szkole jest uczenie się na pamięć. Podczas uczniowskich wymian Polacy wyśmiewają się z zachodnich uczniów, że mało wiedzą, tracą czas na rozmowy, debaty i projekty. Tyle że to właśnie tzw. umiejętności miękkie są dziś w życiu ważne. Zaobserwowano np., że innowacyjności sprzyja otwarte środowisko, w którym można wyrażać własne zdanie. Dlatego np. na Zachodzie gender jest wykładany nawet na katolickich uczelniach. Bo istnieje korelacja między wysokim odsetkiem ujawnionych gejów a innowacyjnością. W środowiskach "comming out" łatwiej zgłaszać własne pomysły i spostrzeżenia, nawet krytyczne, co innowacyjności sprzyja. W Polsce zaś prezydent mówi: "Ja chcę takiej szkoły, która wreszcie powie otwarcie, kto był bohaterem, a kto zdrajcą." Zapomniał, że szkoły wskazujące dzieciom, kogo mają czcić, a kogo potępiać, to były szkoły radzieckie, faszystowskie, totalitarne. Dziś zaś - putinowska, chińska i północnokoreańska. "W Polsce dążymy obecnie do tego, żeby nie można już było różnie myśleć. Nie chcemy, żeby uczniowie zrozumieli, co i dlaczego tak naprawdę się stało, tylko żeby właściwie – zgodnie z oczekiwaniami – to ocenili. /.../ W podstawie programowej dla klasy czwartej nie ma już Lecha Wałęsy. Wygląda to zresztą dość komicznie. Lista postaci, które należy z najmłodszymi dziećmi omawiać, urywa się nagle na Janie Pawle II i pojawia się w tym miejscu wyjątkowo bezosobowy zapis o "Solidarności i jej bohaterach". Natomiast poza tym wyjątkiem nowa podstawa programowa jest tak szczegółowa jak nigdy przedtem. Opisuje w detalach, co ma się dziać na lekcji." Pada nawet, zgodnie z sienkiewiczowskim mitem, nazwisko ks. Augustyna Kordeckeigo (!). A że nauczyciele będą zachowawczy, homo sovieticus nie przeminie. Ba, istnieje realne zagrożenie konformizmem i mentalnością totalitarną. Tymczasem nie na tym polega patriotyzm. Należy tak przygotować "uczniów, by odnosili w przyszłości sukces, mieli szczęśliwe życie i rozwijali kraj. Niech odkryją w szkole swoje autentyczne pasje i będą w tych dziedzinach jak najlepsi, wtedy Polska będzie się miała świetnie. Poza tym niech umieją współpracować, tworzyć relacje i dbać o poziom debaty publicznej. Jak napisał pewien anglosaski autor, historia w szkole nie powinna socjalizować (równać do szeregu), tylko emancypować (pozwalać zrozumieć siebie i innych). Powinna pomagać uczniowi odkryć w sobie światopogląd i system wartości. Poznałem Hiszpanki, które kilka lat temu przyjechały do warszawskiej szkoły na kilkumiesięczną wymianę. Na dzień dobry uczestniczyły w uroczystym apelu "hymn, sztandar, baczność, składnie wieńców itd. Kiedy spytałem o pierwsze wrażenia, odpowiedziały mi, że u nich tak było za generała Franco, babcia im opowiadała..."

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ