reklama

Uśpiony problem

Mimochodem

 

O przynajmniej jeden wspólny posiłek, czyli o rodzinne zasiadanie przy domowym stole na co dzień apelowali stróże porządku i nauczycielska kadra na jednym ze spotkań w gminnej placówce oświatowej. Z relacjami bowiem wśród młodego pokolenia bywa różnie. Niekiedy tli się ich jeszcze wątła nić.

Tam, gdzie telefony komórkowe nie są zabronione, podczas przerw nie widać uczniów ze sobą rozmawiających twarzą w twarz. Tu specjalnie używam akurat tego określenia (w języku francuskim: tete a tete, przejęte przez nas), gdyż pojęcie rozmowy uległo przeobrażeniu. Rozmową stało się dziś porozumiewanie się za pomocą urządzeń elektronicznych. A to już nie to samo. Niemniej jednak taki właśnie kontakt preferują młodzi.

Na szkolnych korytarzach każdy wbija wzrok w swój smartfon i widać tylko, jak szybko biegają ręce po klawiaturze. Nie ręka, a ręce, bo w przekazywanie informacji jest się zaangażowanym całym sobą. A jaka jest treść korespondencji – nie wiadomo. I tu zaczyna się większy problem. Jeśli są to błahe wiadomości i komentarze – można nad tym przejść do porządku dziennego. Jeśli zaś chęć wyrządzenia krzywdy drugiemu – wtedy zaczyna być niebezpiecznie.

Znajomą młodą matką z okolicznej gminy wstrząsnęła podczas takiego spotkania w szkole opowieść z tragicznym finałem. O nastolatce, którą w sieci tak prześladowali rówieśnicy, że popełniła samobójstwo. Podobnych zdarzeń jest więcej; donoszą o tym media. Do opinii publicznej docierają wtedy, kiedy w jakiejś miejscowości organizuje się marsz milczenia. W podtekście piętnujący przyczyny wypadku, za czym stoi brak korygującej roli dorosłych wobec niepoprawnych zachowań niektórych (wielu?) młodych ludzi.

Że w gminie wyróżnia się wcale nie pozytywnie jeden z chłopców, wiedzą i nauczyciele, i rodzice. Znajoma może o nim więcej powiedzieć, bo swego czasu odwiedzał jej syna. Z pozoru przykładny, czym zaskoczył nawet jej męża. Bo i chętnie wdawał się w bezpośrednią rozmowę, i pomógł sprzątnąć po okazjonalnym poczęstunku. Zresztą i dziś nie zamknęłaby przed nim drzwi. Tyle że właśnie ten uczeń skupił wokół siebie grupkę koleżeństwa i próbuje podporządkować sobie resztę. Tych, których nie ceni, szykanuje, a za nim pozostali. W tym momencie zjawisko zyskuje miano: znęcania się, z ang. bullyingu.

Długo wydawało mi się, że mniejsze, gminne szkoły są bardziej bezpieczne, wolne od agresji. Że w małych środowiskach ludzie, również młodzi, serdeczniej się do siebie odnoszą. Jak widać, to przeszłość. Nękanie słabszych trafiło pod strzechy, jeśli rozwija się niepostrzeżenie w regionie starachowickim. I co? Nie sposób położyć temu tamę? A przynajmniej zminimalizować zjawisko?

To w Starachowicach, jeszcze w latach 90. powstały pierwsze programy dla szkół, jak pracować z dziećmi i młodzieżą. Co ciekawe, kupiła tę ofertę oświata w wielu miastach i miasteczkach w Polsce. Od ponad dwóch dekad starachowiccy trenerzy szkolą nauczycieli z tak dobrym skutkiem, że ci rekomendują ich dalej. Ale wciąż daleko od Starachowic. W okolicy treningi są zamawiane rzadziej. A przecież można by z wiedzy, umiejętności i doświadczenia starachowiczan czerpać garściami. Najpierw zapraszając do pomocy starachowickich trenerów, a dopiero później policjantów.

Lekarze, chcąc zasłużyć na dobrą opinię u pacjentów i zwierzchników systematycznie się dokształcają. A jak jest wśród nauczycieli? Pewnie dzieje się tak przy ubieganiu o kolejne stopnie zawodowe. A później? Kto słyszał o Treningu Zastępowania Agresji (TZA)? Ilu pedagogów zna Metodę Wspólnej Sprawy Anatola Pikasa? Akurat jak znalazł przy rozwiązywaniu klasowych, i nie tylko, konfliktów. Bo nauczyciel musi umieć rozmawiać z uczniami. Wbrew pozorom, taka rozmowa wcale nie jest łatwa. Obowiązują pewne zasady, żeby dopiąć swego, unikając bezpośredniego obwiniania, strofowania, krzyków etc. A że przemoc zaczyna być wszechobecna – przykład idzie z góry, wystarczy obserwować scenę polityczną; wychodzi na ulice wraz z manifestantami, zwłaszcza narodowcami – przeciwdziałać jej trzeba już od... przedszkola.

/ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ