reklama

Na innych łamach

"Polityka" nr 19

Wiosną kanały przemytu ludzi przez Polskę do zachodniej Europy zwykle się zaludniają. Jeden z nich, zwany nadbałtyckim, właśnie przestał istnieć, inne są rozpracowywane – donosi Violetta Krasnowska w "Przerwanym szlaku".

Tzw. nadbałtycki prowadzi z Rosji przez lasy Litwy lub Łotwy do Polski, a następnie dalej. Przystanek jest jednak w Warszawie. Przy granicy to polscy kierowcy zabierają do samochodów po kilka osób, żeby się nie rzucać w oczy i jadą bezpiecznie do stolicy. Nie można przecież o nic oskarżyć osobę wiozącą pięciu Wietnamczyków na przykład. Bo to szlak głównie dla tych Azjatów, którzy chcą dotrzeć na Zachód. Polskim odcinkiem zarządzali Czeczeni, od lat mieszkający w Warszawie. Dotarcie do nich wymagało dwóch lat operacyjnej pracy. Funkcjonariusze działali pod przykryciem. W rozpracowywanie grupy byli też zaangażowani pracownicy straży granicznej i służb ochrony granicy. Za przeciwników mieli szeregowych żołnierzy, działających na miejscu. Rozkazy szły z centrali w Moskwie. Moskwa też na bieżąco monitorowała przeprawę. "Gdy grupa zbliżała się już do polskiej granicy, kierowcy dostawali esemesa ze współrzędnymi geograficznymi celu – miejscem odbioru emigrantów i godziną. Ruszać musieli natychmiast. /.../ Nie wszystkie grupy, na które czekali kierowcy, docierały do celu. Bywało, że 30 – 40 osób znikało. Dlaczego? – Nikt z kierowców o to nie pytał – opowiada funkcjonariusz. Wiadomo, że zdarzały się przypadki porzucania grup przez przewodników, część zaliczała wpadkę na terenie Rosji. Miejsce odbioru emigrantów nigdy się nie powtarzało. Czasami było to szczere pole czy przecinka w lesie. /.../ W Polsce grupy się rozdzielały." W Warszawie albo w Wólce Kosowskiej "swoich" przejmowali Wietnamczycy i wieźli do tzw. dziupli. Tu czekali na kolejny etap podróży. Nie wiadomo, ile osób w ten sposób dostało się na Zachód. W akcji ukrócającej proceder zatrzymano kilkanaście osób, którym postawiono zarzuty. To m.in. siedmiu Czeczenów, dwóch polskich kierowców, pułkownik oraz Wietnamczycy. Są jeszcze dwa inne szlaki wiodące przez Polskę. Pierwszy, zwany "bałkańskim", wiedzie z Syrii przez Irak, Turcję, Grecję, Macedonię, Serbię, Chorwację, Węgry, Austrię, Słowację i Czechy do Polski, a potem dalej do Niemiec, Szwecji lub Finlandii. Tym szlakiem przeprawiają się głównie migranci z Bliskiego Wschodu. Wjeżdżają do Polski w naczepach tirów. Straż Graniczna nie zatrzyma każdej ciężarówki, więc nie da się oszacować skali przemytu. Wpadki zdarzają się przypadkiem, jak np. na parkingu, kiedy dokonywane są rutynowe kontrole. Druga trasa przerzutowa prowadzi z Rosji, przez Ukrainę, Białoruś do Polski, a stąd do zachodniej Europy. "Patent był prosty – na granicy polskiej ludzie występowali o status uchodźcy, ale zamiast udać się do ośrodka, wsiadali do podstawionych przez organizatorów przerzutu aut czy taksówek i tak docierali prosto do Niemiec, Austrii, Francji, Belgii, Holandii czy Wielkiej Brytanii." W marcu br. zatrzymano polsko – czeczeńską grupę organizującą takie przerzuty.

"Przegląd" nr 17 – 18

Mija 30 lat od uruchomienia chyba najbardziej udanego produktu unijnej biurokracji - informuje w "Dzieciach Erasmusa" Mateusz Mazzini. Fenomen najlepiej oddają liczby.

"W 1987 r., kiedy ruszała pierwsza edycja pilotażowego wówczas projektu wymian studenckich, na wyjazd zdecydowało się 3,2 tys. młodych Europejczyków z 11 krajów. /.../ Dziś /.../ przemieszcza się niemal milion osób. Nie tylko studentów, ale i naukowców, tłumaczy, wolontariuszy czy osób zdobywających doświadczenie zawodowe w najrozmaitszych branżach." W sieci wymian bierze obecnie udział 55 krajów. Przez 3 dziesięciolecia program miał 9 mln beneficjentów. "I wreszcie liczba chyba najpiękniejsza, choć niemożliwa do zweryfikowania - milion dzieci poczętych w związkach, które narodziły się dzięki Erasmusowi." Erasmus mocno zmienił europejską rzeczywistość. Początkowo można było pojechać np. z Kopenhagi do Edynburga. Teraz również poza Europę. 65 proc. wyjeżdżających to studenci pierwszego stopnia. Jadą przeważnie na jeden semestr, choć przybywa wymian całorocznych. Inni też się uczą, ale równocześnie pracują w ramach tzw. Erasmus Work Placements, czyli staży preferencyjnych, współfinansowanych ze środków unijnych. Dla studentów zaś to rodzaj atrakcji, bo za granicą są traktowani towarzysko. Nie spodziewają się konsekwencji w razie zaniedbywania zajęć uczelnianych. I to właśnie krytykują nieprzychylni programowi. Ale należy go bronić. "I wcale nie ze względu na szanse wyjazdu na lepsze często uczelnie oraz możliwość realizacji pasji naukowych." Erasmus stał się bowiem budulcem europejskiej świadomości. Miliony ludzi otrzymało szanse przejścia przyspieszonego kursu życia. Od dogadania się w nie ojczystym przecież języku przy załatwianiu urzędowych spraw, po uczestnictwo w setkach innych sytuacji z codziennego życia. Niestety, przyszłość Erasmusa stoi pod znakiem zapytania. Z powodów... politycznych. "Los Erasmusa jest bowiem nierozerwalnie związany ze swobodą przepływu osób w Unii. W związku z tym coraz częściej na forum Parlamentu Europejskiego pojawiają się głosy, by z programu wyrzucić kraje pozaeuropejskie, zwłaszcza muzułmańskie. Sprawę dodatkowo komplikuje Brexit. Nie wiadomo jeszcze, jak po wyjściu Londynu ze struktur unijnych będzie wyglądać kwestia migracji na Wyspy. Fala populizmu w innych krajach może z kolei doprowadzić do podobnych kłopotów na kontynencie. Wreszcie problemem mogą okazać się finanse. Erasmus pochłania co roku ponad 2 mln euro z unijnego budżetu – coraz więcej polityków uważa tę kwotę za stanowczo zbyt dużą." Optymiści wieszczą jednak, że do 2020 r. liczba uczestników programu powiększy się do 2 mln osób.

"Nie" nr 16

"Domy spokojnej młodości" opisuje Bożena Dunat. Z raportu NIK w sprawie działania powiatów na rzecz tworzenia i wsparcia rodzin zastępczych, wynika, że ponad 2 tysiące najmłodszych nadal przebywa w domach dziecka. A, zgodnie z prawem, te poniżej 7. roku życia powinny być w rodzinach zastępczych.

Rząd miał się tym zająć, lecz sądy dalej łamią prawo. Bo... rodzin zastępczych brakuje. "W skontrolowanych przez NIK 24 powiatach planowano utworzyć 174 zawodowe rodziny zastępcze. Powstało 57. Co gorsza, coraz częściej zawodowi rodzice mówią: - Dziękujemy. Już dość. Bilans jest ujemny. Rodzin zastępczych jest coraz mniej. Aby zabrać z biduli najmłodsze dzieci, trzeba utworzyć 772 zawodowe rodziny zastępcze. Czyli o ok. 40 proc. więcej, niż jest. Kolejka do rodzin zastępczych wydłuży się, bo od 2019 r. w placówkach nie będzie można umieszczać dzieci do 10. roku życia." Dla przybranych rodzin jest to normalna praca, za którą otrzymują wynagrodzenie. Teoretycznie wysokie. Państwo bowiem pokrywa koszty utrzymania dziecka w rodzinie zastępczej. "Jako wynagrodzenie za swój trud rodzina dostaje pensję w wysokości najniższej krajowej. Stawka nie była waloryzowana od pięciu lat. Plus 1000 zł na utrzymanie każdego dziecka. A np. we Francji pensja również zależy od liczby przygarniętych dzieci. Ale można z tego godnie żyć; przy trójce po opodatkowaniu wypada 2444 euro. We Francji opiekunowie mają stałą umowę i pracę. W Polsce podpisuje się umowy cywilnoprawne na najkrótszy możliwy okres. Z ustawy wynika, że chodzi o 4 lata, ale zdarzają się /.../, umowy zawarte na 3 miesiące do roku. Naturalnie "z możliwością przedłużenia". Urlopy też są teoretyczne. Gdzie bowiem wtedy odesłać dzieci? Do domu dziecka? Najprościej byłoby zapewnić pieniądze na wypoczynek dzieciom. Rodzice podczas ich nieobecności odpoczęliby od codziennych obowiązków. Ale obozy i kolonie kosztują. Niemało. A samorządy do finansowej pomocy się nie kwapią. Tymczasem dzieci są najczęściej mocno zaburzone. Wymagają leczenia specjalistycznego. Prywatnego. I znów pojawia się problem, skąd wziąć fundusze? Co z tego, że wedle prawa każda rodzina zastępcza powinna mieć możliwość uzyskania natychmiastowej pomocy specjalisty, jeśli w rzeczywistości jest zadana na własne siły. Na dodatek w każdej ma prawo przebywać najwyżej troje wychowanków. Ale upycha się więcej. W sprawowaniu opieki powinni w rodzinach zastępczych pomagać koordynatorzy. Znów teoria. Itd. Itd.

"Gazeta Wyborcza" nr 94

Watykan to zoo, w którym drapieżne zwierzęta walczą między sobą o przestrzeń i władzę – zdradza Robertowi Rientowi w wywiadzie "Dla Kościoła jestem dewiantem", Krzysztof Charamsa, były kościelny dostojnik, związany z Kongregacją Nauki i Wiary, który w 2015 r. publicznie przyznał się do swoich homoseksualnych skłonności.

Dziś wraz z partnerem żyje w Katalonii. Zajmuje się obroną praw człowieka, zwłaszcza praw kobiet i mniejszości seksualnych. Kościół nałożył nań suspensę, ale i tak na zawsze pozostanie księdzem. "Zresztą nie uznaję tej kary, bo w prawie kanonicznym jako osoba homoseksualna nie jestem uwzględniony. To prawo postrzega mnie jako osobę heteroseksualną, działającą wbrew naturze." Na dodatek kler tak naprawdę to "transwestyci, którzy prześladują innych transwestytów". Anegdot, plotek na ten temat nie sposób przemilczeć, jeśli kler używa ich "jako realnego instrumentu do zdobywania władzy i pozbawiania jej tych, o których szepcze się w kuluarach np., że są homoseksualistami." Kościół promuje przecież nawet dyktatury, które uderzają w swoich krajach w osoby o odmiennej orientacji. "Tak, istnieje w Watykanie duchowe przymierze z Putinem, ale również z takimi ludźmi jak Ramzan Kadyrow, szef Republiki Czeczeńskiej, który otworzył pierwszy od czasów Hitlera obóz dla gejów. Kościół uważa, że państwo ma do tego prawo, nawet obowiązek, gdy dotyczy to grupy określanej przez Watykan jako niebezpieczna i patologiczna." Gdyby papież Franciszek otworzył watykańskie archiwa, znalazłby tam prawo obowiązujące w krajach afrykańskich, które przewiduje karę dla osób homoseksualnych, w tym karę śmierci i jest popierane przez Kościół. "Gdy pewni hierarchowie, funkcjonariusze Kościoła mówią w przestrzeni publicznej, że są przeciwni tym prześladowaniom albo uznają je za zbyt surowe, kłamią. /.../ Dziś nie pali się nikogo na stosie, ale stosuje się przemoc duchową, symboliczną, społeczną i psychologiczną. Kościół tworzy i podtrzymuje homofobiczną kulturę, poniża, doprowadza do depresji, samobójstw, ale też zabójstw motywowanych nienawiścią. Celem tej kultury jest uformowanie w człowieku wizji świata spójnej z tym, co myśli szef Republiki Czeczeńskiej: geje nie istnieją. W ten sposób Kościół z dyktatorami tego świata zaprasza do przemocy."

"Duży Format" nr 17

"Ratuj życie za kilkanaście złotych" – to tytuł reportażu Krystiana Lurki. Kiedyś ratownicy zupełnie nieźle zarabiali. Pod koniec lat 80. i do połowy 90. dostawali nawet dwie średnie krajowe.

Żeby być sanitariuszem wystarczyły dobre chęci i zdrowie, a obowiązkiem była jedynie pomoc lekarzowi i transport pacjenta. Dziś ratownik jest wysoko wykwalifikowanym specjalistą, po studiach wyższych, upoważnionym do samodzielnych zadań, z uprawnieniami podobnymi do lekarskich. Pensja zaś wynosi zaledwie dwie trzecie średniej krajowej. Żeby więcej zarobić, bierze się dodatkowe etaty, np. w izbach wytrzeźwień. Tyle że wtedy skuteczność ratownika spada. W wyniku zmęczenia łatwo popełnić błąd. A chodzi przecież o ludzkie życie. Pracuje się jednak po te 200, 300, a nawet 400 godzin, żeby utrzymać rodzinę. To dlatego związki zawodowe wystąpiły do resortu zdrowia o podwyżki: 800 zł brutto od lipca, kolejne 400 zł we wrześniu, a za rok następne 400 zł. Niestety, decyzja ministra to 400 zł od lipca i kolejne 400 zł od lipca 2018 r. Jednocześnie powiększył z 28 do 47 listę leków, które ratownicy mogą samodzielnie podawać i zezwolił na samodzielne wykonywanie kardiowersji i elektrostymulacji. Planuje jeszcze dodać uprawniania do podawania czynników krzepnięcia osobom chorującym na hemofilię i skazy krwotoczne. Ratownicy mają przy tym obowiązek ustawicznego kształcenia się. "W ciągu pięciu lat muszą uzyskać 200 punktów edukacyjnych na seminariach i szkoleniach, za które sami muszą płacić. "Tylko oni i lekarze muszą się ciągle dokształcać. Ale ratownicy zarabiają niemal o połowę mniej. Tak jak policjanci i strażacy nazywani są służbą ratunkową. I tak jak tamci pomagają poszkodowanym w tych samych wypadkach. Mimo to nie mają, jak policjanci i strażacy, 13. pensji i innych dodatków. Muszą za to pracować do 65. roku życia (policjanci i strażacy - do 55. roku życia, po przepracowaniu 25 lat w zawodzie), a ich zarobki są o ponad tysiąc złotych niższe."

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ