reklama

Na innych łamach

"Newsweek" nr 18

"Mam 96 lat i martwię się, że umrę w takiej Polsce, jaka jest teraz, nie zdążę doczekać innej. Najbardziej jednak martwię się o Szefa" – mówi Małgorzacie Święchowicz w "Patologii Kaczyńskiego" prof. Joanna Penson.

Siedziała na Pawiaku, w obozie koncentracyjnym w Ravensbrick i komunistycznym więzieniu. Lecha Wałęsę poznała podczas strajku w stoczni, w 1980 r. Pozostał dla niej Szefem; czuwa nad jego zdrowiem do dziś. Ona była wówczas ordynatorem oddziału wewnętrznego w szpitalu wojewódzkim. Obawiano się, że esbecja może chcieć L. Wałęsę otruć, więc sprawowała opiekę medyczną nad nim. Później pomagała ukrywać działaczy opozycji. Kładła ich w szpitalu. Angażowali się również inni ordynatorzy – okulistyki, chirurgii. "Żartowaliśmy sobie, że kładziemy ciężko chorych na Solidarność"- opowiada. Kryjówką był także jej dom. Mieszkała sama, więc nie ryzykowała, że kogoś narazi. "Gdy esbecy wpadli do szpitala i przeszukiwali gabinet, było mi przykro, ale co zrobić. Trafiłam do celi, w której jedna kobieta była skazana za zabójstwo, druga za manko. Przywitały mnie dość pogardliwie: "Pani polityczna?" Ale proszę sobie wyobrazić, że prokurator, który mnie przesłuchiwał, dzień później zwolnił się z prokuratury. Widać nieswojo się czuł, prowadząc takie sprawy jak moja. /.../ Nie chciałabym tego dożyć, ale możliwe, że znów będziemy mieć więźniów politycznych. Idziemy w stronę państwa nasyconego jedynie słuszną ideologią. Ja niestety pamiętam, jak zaczyna się totalitaryzm. Już kiedyś słyszałam takie przemowy o gnębionym narodzie, który musi odzyskać poczucie dumy. Tylko jak patrzę na PiS, to widzę wielką ich nieudolność. Myślę sobie: przewrócą się. Może nawet szybciej niż nam się wydaje. /.../ Na razie PiS nie ma dużego poparcia, ale jeśli umocni się, osadzi, to można się spodziewać, że przybędzie konformistów. Tak to zwykle jest. Jedni będą się bać, że jak się postawią, stracą posadę. Drudzy będą mieć nadzieję, że jeśli poprą, to wypłyną. Tak – będą się podlizywać tej władzy, nie będą ryzykować. Za czasów pierwszej Solidarności ryzykowało przecież niewielu. Dopiero gdy Solidarność zaczęła zwyciężać, przyłączali się następni, ale przecież to nie większość. Każdy ma rodzinę, chce tę rodzinę z czegoś utrzymać. Nie potępiam tego." J. Penson pamięta Lecha Kaczyńskiego w stoczni w czasie strajku. Cichy był. Nie wadził nikomu. "A brat? Odwiedził go najwyżej na chwilę, w niedzielę, i zaraz wracał do Warszawy." Dziś patrzy na niego jak lekarz. "Widzę patologię. Wszystko, co robi, powodowane jest nienawiścią /.../ Szczując, wskazując jakichś "obcych", czyniąc jednych wrogami drugich, wyzwala w ludziach najgorsze instynkty. Można w ten sposób zmienić społeczeństwo nie do poznania. Martwię się, bo te złe emocje raz rozbudzone, tak łatwo z ludzi nie wyparują. Niestety, wpadliśmy."

"Polityka" nr 17/18

Polscy parlamentarzyści pokłócili się o wizje trojga wiejskich dzieci sprzed stu lat. Obie strony sporu powoływały się na autorytet nauki – donosi Marcin Rotkiewicz w "Sejmowym cudzie świata".

Zaczęło się od projektu uchwały, w której posłowie PiS podkreślili, że Matka Boża przewidziała wtedy największe wydarzenia XX wieku i że jej przesłanie jest nadal aktualne. Tyle że nikt nie wspomniał o komentarzu papieża Benedykta XVI po ujawnieniu w 2000 r. przez Kościół trzeciej tajemnicy fatimskiej. "Można w nim przeczytać, że uważny czytelnik treści owej tajemnicy "dozna rozczarowania lub uczucia głębokiego zdziwienia. Nie zostaje bowiem ujawniona żadna wielka tajemnica ani uchylona zasłona przyszłości". Objawienia fatimskie na pewno są faktem historycznym. W tym sensie, że dzieci w 1917 r. od 13 maja do 13 października spotykały świetlistą postać, przedstawiającą się jako Matka Boska Różańcowa. Sprawdzić tego jednak nie sposób. Poza dziećmi bowiem nikt nic nie widział. Chyba że wirujące przez kilka minut Słońce, jeśli się w nie wpatrywano. Naukowcy pod koniec XX wieku opisali podobne przypadki będące wynikiem retinopatii słonecznej, czyli uszkodzeń siatkówki oka spowodowanych wpatrywaniem się właśnie w Słońce. Działo się to w miejscach związanych z kultem maryjnym. Wracając zaś do fatimskich objawień, trzeba zauważyć, że bohaterka tamtych wydarzeń była najstarsza z dzieci; Lucia miała 10 lat. Przejawiała duży talent do snucia rozmaitych opowieści; lubiła być w centrum uwagi. Co ciekawe, Lucia tajemnice fatimskie spisała dopiero w 1941 i 1944 r. "Pierwsza była wizją piekła : "Pani Nasza pokazała nam morze ognia, które wydawało się znajdować w głębi ziemi /.../ . Druga tajemnica dotyczyła końca pierwszej wojny światowej (ale nie padła żadna konkretna data) oraz zapowiedzi drugiej wojny, która miała wybuchnąć za pontyfikatu papieża Piusa XI i być jeszcze gorsza od poprzedniej." Trzecią Kościół ujawnił dopiero w 2000 r. Zapowiadać miała zamach na papieża Jana Pawła II. "Ojciec Święty /.../ doszedłszy do szczytu góry, klęcząc u stóp wielkiego Krzyża, został zabity przez grupę żołnierzy, którzy kilka razy ugodzili go pociskami z broni palnej i strzałami z łuku i w ten sam sposób zginęli jeden po drugim inni Biskupi, Kapłani, zakonnicy i zakonnice oraz wiele osób świeckich, mężczyzn i kobiet różnych klas i pozycji". Autor zwraca uwagę na fakt, że druga wojna światowa wybuchła za pontyfikatu Piusa XII, a nie XI. A Lucia napisała o tym, kiedy już trwała. Do objawień fatimskich można podejść sceptycznie. "Sam Benedykt XVI przyznaje, że np. zakończenie trzeciej tajemnicy fatimskiej przywodzi na myśl obrazy, które Lucia mogła widzieć w ówczesnych książkach do nabożeństwa. /.../ Po drugie, można po prostu zawiesić sąd uznając, że nie wiemy i nigdy nie sprawdzimy, co działo się w Fatimie w 1917 r. /.../ Po trzecie, można przyjąć punkt widzenia autorów sejmowej uchwały: Matka Boska Różańcowa objawiła się trojgu portugalskim pastuszkom i odsłoniła przyszłość." Nauka w tym nie pomoże. Pozostaje... tylko rozsądek.

Duży Format" nr 16

Austriacy skubali Czechów, więc Czesi znaleźli sobie własnego wypasionego miśka. Teraz skubią nas – stwierdza prof. Dominik Gajewski, rozmówca Grzegorza Sroczyńskiego w wywiadzie "Polska to głupi raj podatkowy".

Kiedy austriacki rząd, broniąc się przed dalszym spadkiem eksportu z powodu kłopotów z bankami, pozwolił holdingom z całej Europy nisko opodatkować zyski, węgierscy, włoscy, słowaccy i czescy przedsiębiorcy z tego skorzystali. Teraz Czesi i Słowacy to samo robią u siebie. Z myślą o... Polsce. Rzeczywiście, coraz częściej polskie firmy rejestrują się za granicą i tam płacą podatki. Mimo że ich wysokość jest podobna. "Bo na tym polega inteligentny raj podatkowy, że pozornie wszystko jest w porządku. W Austrii oficjalne podatki też są wysokie. "My zaniżamy podatki? Ależ skąd! Spójrzcie na nasze stawki" – odpisują Brukseli. Czesi przyjęli taką taktykę: "Przyjdź do nas, polski podatniku, a będziesz mógł skorzystać z zasady gościnności podatkowej". Niby płaci się 19 proc., ale maksymalnie pomniejsza koszty i wtedy realne opodatkowanie wyniesie np. 2 proc. Czechom się to opłaca, bo im bardziej firma działa u sąsiada, tym lepiej mieć jej podatki. Weźmy przykład wielkiej korporacji. Jej ciężarówki wożą towar po całej Europie. Zużywają drogi, które remontuje się potem z podatków. Jak dojdzie do wypadku, sądy rozstrzygają o winie. Sądy też się utrzymuje z podatków. Innymi słowy, tam gdzie firma faktycznie działa, tam generuje koszty, które ponosi państwo. Podatki mają te koszty pokrywać. A jeśli firma nie prowadzi rzeczywistej działalności na danym terytorium, takie państwo spija śmietankę. Na Amazonie, Google, Likoilu, Ikei czy Coca Coli itp. Holdingi tak właśnie działają. Jeśli u nas jakieś operacje są niedozwolone, przerzuca się je tam, gdzie jest na nie pozwolenie. Teraz cała Europa zmaga się z tzw. pożyczkami obligacji szanghajskich. Nie ma co zazdrościć polskim pracownikom fiskusa, jeśli przyjdzie im je rozliczać. Nie dość że są skomplikowane, to jeszcze dokumenty przyjdą w obcym języku. Uczciwość korporacji polega na tym, że płacą w Europie 3 – proc. podatki i łaskawie nie schodzą na zero. Wszyscy o tym wiedzą. Tyle że brakuje solidarności. Bo zawsze się ktoś wyłamie. Dziś Czechy itd. Na tej fali rozkręca się populizm. Bo oficjalnie rządy mają problemy z ekonomią i muszą oszczędzać. Jak inaczej, jeśli Facebook w 2014 r. zapłacił w Wielkiej Brytanii 4237 funtów podatku! Przy miliardowych przychodach! Nasz fiskus też jest bezradny wobec międzynarodowych korporacji. Żeby firmy płaciły pełną dolę, trzeba wspólnych rozwiązań. A te zawsze się odsuwa na bliżej nieokreśloną przyszłość. I tak pieniądze dalej znikają w czarnej dziurze.

"Gazeta Wyborcza" nr 86

"Pracownicy w depresji idą na L4" – pisze Leszek Kostrzewski. Z powodu zaburzeń psychicznych Polacy przebywali na zwolnieniach chorobowych w trzech kwartałach 2016 roku aż 14 mln dni! To o ponad 50 proc. więcej niż w 2010 r.

Zaburzenia psychiczne kosztują nas najwięcej ze wszystkich chorób, na które Polacy pobierają świadczenia z tytułu niezdolności do pracy, czyli zasiłek chorobowy, rentę lub świadczenie rehabilitacyjne. W tyle zostały choroby układu krążenia czy kostno – stawowe. W przeliczeniu wydatków na jedną osobę liderem w statystykach depresyjnych jest województwo wielkopolskie, dalej są kujawsko – pomorskie, podkarpackie, łódzkie i warmińsko – mazurskie. Najmniejsze wydatki z tego tytułu są w województwach opolskim, podlaskim i dolnośląskim." Mimo że Polacy pracują w mniej obciążających warunkach niż dawniej, nastąpiła większa automatyzacja produkcji, a zatem istnieje mniejsze obciążenie fizyczne, większe staje się – psychiczne. Pracownicy skarżą się na wypalenie zawodowe i mobbing w pracy. To właśnie odbija się w statystykach. Polacy przy tym mają większą świadomość swojego zdrowia psychicznego. Kiedyś choroba psychiczna stygmatyzowała człowieka. Ludzie wstydzili się przynosić zwolnienia od psychiatry. Ponieważ o problemach psychicznych dużo się obecnie mówi i pisze, wstydu już nie ma. Ba, pracownicy zaczynają nadużywać tego typu zwolnień. Bo trudno je sprawdzić. Takie zwolnienia dostaje się przy tym na dłużej. Najczęściej otrzymują je pracownicy korporacji, którzy co miesiąc muszą się wykazać konkretnymi wynikami, pracownicy call center, kasjerki w supermarketach i bankowcy. "Niektórzy chorują, bo nie wytrzymują ciągłej presji. Inni proszą o L4 z powodu problemów psychicznych, gdy wiedzą, że niedługo będą zwolnieni – mówi nam jeden z warszawskich psychiatrów." Przewiduje się, że choroby psychiczne znajdą się na drugim miejscu wśród najczęstszych przyczyn zgonu. Dziś w Polsce cierpi na depresję 1,5 mln osób. Na świecie – 350 mln. "Co piąta kobieta i co dziesiąty mężczyzna mają co najmniej jeden epizod depresyjny."

"Nie" nr 16

Michał Marszał woła: "Panie pilocie, Szydło w samolocie". Czyli 10 mln w błocie, co uzasadnia. Pani premier zadeklarowała w oświadczeniu majątkowym dom o powierzchni 246 m kw., wart 400 tys. zł. Jej tęsknota za nim będzie właśnie kosztować podatników okrągłe 10 baniek.

"Budżetowi państwa bardziej opłaciłoby się zakupienie wysadzanej diamentami lektyki, którą pies i kot, a nawet ciężkawy mąż Edward noszeni byliby co tydzień przez nagie modelki z rodzinnej wsi pani premier do Warszawy – i tu karmienie ośmiorniczkami w najznamienitszych restauracjach." Politycy PiS swego czasu krytykowali Donalda Tuska, że zamiast sprowadzić żonę do stolicy, dojeżdża do niej co weekend. "- To oburzające. Te pieniądze można by wydać na setki innych rzeczy, np. na upadające szpitale – opowiadał tabloidom Mariusz Błaszczak, wówczas jeszcze nie minister. Wtórował mu Andrzej Duda, jeszcze nie prezydent, pytając złośliwie na Twitterze, czy gdy już nie ma kamer, to Tusk podróżuje do domu 8 godzin koleją, 6 samochodem czy może godzinę samolotem państwowym." Jak dziś widać, PiS szybko zrezygnowało z "taniego państwa", lansowanego w kampanii wyborczej. Ograniczenie na początek liczby pojazdów w administracji publicznej miało jednorazowo przynieść ok. 0,3 mld zł oszczędności. Koszt godziny lotu CASĄ pani premier co 6 dni wynosi ponad 21,5 tys. zł. Embraera – ok. 35 tys. zł. Beata Szydło już spędziła w powietrzu lekko 150 godzin. Wystarczy je pomnożyć przez horrendalną cenę biletu... "Jak wyznała szefowa rządu w rozmowie z "Super Expressem", Przecieszyn to jej oaza, dlatego stara się w nim być w każdy weekend. Co w nim wtedy robi? Same pasjonujące rzeczy: "Gotuję, kiedy mi czas pozwala, bo gotowanie pozwala mi oderwać się od wszystkiego, robię też zakupy, sprzątam". Przy bardzo ostrożnych szacunkach można przyjąć, że przez 4 lata rządów PiS ponad 200 weekendowych podróży Beaty Szydło do Przecieszyna kosztować będzie podatników ok. 10 mln zł. Nie wliczając w to skromnych 140 tys. zł, które miejscowe władze wydały zaraz po wyborach na wyasfaltowanie drogi przy ul. Groblowej, prowadzącej do domu pani premier. A także rozwalonego na drzewie Audi A8L za ponad 2 mln zł."

Wysokie Obcasy" nr 13

Dziś anonimowe donosicielstwo nazywa się forum dyskusyjnym. Tam z ludzi wylewających z siebie jad wychodzi małość. Trochę mi ich żal – zwierza się Dorocie Wodeckiej w wywiadzie "Kanalią nie byłem" muzyk Wojciech Waglewski.

Ubolewa, że z języka polskiego znika słowo "przyzwoitość". Podobnie jak "szacunek". Egzystuje niezmiennie za to, od czasów PRL, "załatwić kogoś". "Należę do pokolenia, w którym pisanie anonimowych donosów było uznawane powszechnie za obrzydliwość." Bo kiedyś przyzwoitość właśnie nakazywała: nie czyń bliźniemu, co tobie niemiłe. Ale to przeszłość! Powszechne jest hejtowanie. Te "hejty biorą się z jakiejś niemocy, poczucia krzywdy i nieustannej świadomości swej własnej małości /.../. I powinno się właściwie ich (tych ludzi – przyp. ewa) przytulić, docenić, a tu nikomu się nie chce. To kopią jeszcze mocniej. " Z ludzką małością W. Waglewski spotkał się najpierw w wojsku. "To był rok wyrwany z życiorysu, który pokazał mi naturę człowieka poczciwego – wcale nie poczciwą. Człowieka dorosłego z dziećmi, który donosi na kolegę po to, żeby wyjść na przepustkę. Porucznika terroryzującego pluton starych dziadów, którzy pokończyli studia i nigdy nie wcisną się w wojskowy kierat. /.../ Istotą tej instytucji było nieustanne upokarzanie młodszego stopniem, choć nieraz starszego wiekiem i wiedzą, żeby se nie myślał. /.../ Jesteśmy osobnikami stadnymi, a to oznacza, że musimy zaakceptować reguły i wymagania grupy. To wymaga kompromisu, szacunku dla bliźniego. Ale my się nie szanujemy, my obrzucamy błotem, parkujemy sobie te nasze świadectwa statusu społecznego choćby i na trawniku, bo to własność społeczna. Plujemy na nią, bo tak pluliśmy za komuny, bo wmawiano nam, że to nasze, a to nasze nie było i teraz też nie jest nasze, tylko ich." Muzyka wcale świata nie zmienia. Ludzie wolą raczej przywalić sobie od czasu do czasu. "Naszymi duszami zawładnęła polityka, pasożytując na wzajemnych animozjach. To brzydkie i niestrawne. Mój nieżyjący szwagier pracował w Kasprzaku w dziale kontroli. I w latach 70. powiesił na ścianie swojej kanciapy wycięte z "Trybuny Ludu" zdjęcia ówczesnych mężów stanu. Wyrzucili go za to z pracy. Teraz mogłoby się zdarzyć podobnie. Myśl i troska starannie omijają oblicza naszych polityków."

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ