reklama
Mieszkania

Naturalni wrogowie człowieka

Mimochodem

 

Plastikowe zasieki zakończone metalowymi kolcami mają zniechęcać gołębie przed zaglądaniem w okna i na balkony. Taką zaporę widzę, ilekroć odwiedzam osiedle Żeromskiego.

Bloki tam sytuowano często jeden naprzeciw drugiego, toteż taki widok sam pcha się w oczy. Wcześniej pośród kolczastego drutu posadowiono jeszcze atrapy wielkich gawronów, więc obrazek jawił się niczym z horroru. Z czasem czarne ptaszyska zniknęły, pozostała tylko (?!) ostro zakończona barierka balkonu. Stanęła mi przed oczami, kiedy trafiłam w sam środek rozmowy o wątpliwej korzyści z koegzystencji człowieka i jego mniejszych braci.

Kobiety – w różnym wieku – z którymi przyszło mi przestawać przez jakiś czas, niezbędny do poddania się upiększającej metamorfozie, prześcigały się w wyrażaniu niechęci do wszystkiego żywego, co człowiekiem nie jest. Po gołębiach przyszła pora na dziko żyjące koty, a później nawet udomowione psy, bo ich szczekanie przenika przez wielką płytę. I – myślałby kto – że zakłóca np. medytowanie albo lekturę filozoficznych tekstów. Tymczasem – sądząc po wywołanym w ogóle temacie – po prostu przeszkadza i już. Bo po co hołubić czworonogi?! Najlepiej wyłapać wszystkie i uwolnić mieszkańców blokowisk od ich obecności.

Kiedy po powrocie z owego – cokolwiek mówić – wielce jednak pożytecznego miejsca, wylałam koleżance swoją żałość z powodu niechęci dwunożnych, rzekomo rozumnych, istot do skrzydlatych i czworonogów, nie wykazała zdziwienia. Obciążyła za wszystko nasz chłopski rodowód. Bo przecież nie pański. Ileż w dawnej Polsce było osób szlacheckiego pochodzenia? Garstka. Mimo że niejeden (a właściwie liczni) próbuje udowodnić swoje arystokratyczne korzenie.

Przeanalizowawszy historię postawiłyśmy z koleżanką na własny użytek tezę, że o ile znajomi wywodzący się z robotniczych rodzin mają nieco bardziej życzliwy stosunek do zwierząt, o tyle tych pochodzących ze wsi szczególna wrażliwość nie charakteryzuje. Zresztą, akurat trzy znajome potomkinie rdzennych chłopów, do czego się przyznają (!), o przysposabianych zwierzętach nie chcą rozmawiać, bo ich zdaniem – mają one pełnić jedynie użyteczną rolę. Czyli koty – łowić myszy, a psy – pilnować obejścia. I te, które tolerują obecność psów i kotów, tak je właśnie traktują. Nawet mają na posesji, ale nie wpuszczają za próg domu. A karmią tym, co kapnie z pańskiego stołu.

Rozmowa na udomowionych zwierzakach w babskim salonie piękności się nie skończyła. Panie lekko przeszły na te, jak najbardziej dzikie. Padła informacja, że w Bieszczadach przybyło niedźwiedzi. I jak to teraz pogodzić z przemierzaniem gór podczas urlopowych wyjazdów? Zresztą niedźwiedzie to jedno, bo przecież są jeszcze coraz odważniej wychodzące do ludzi dziki. A wilki albo lisy?! No i sarny, jelenie, łosie, które nawet w biały dzień pchają się pod koła rozpędzonych aut! Tylko czekałam aż panie skrzykną się wokół hasła: "na pohybel zwierzętom!" i wesprą agitujących za powszechnym pozwoleniem na broń, kiedy odezwał się jednak rozsądek. Co ciekawe, gorącą dyskusję słowami, że przecież to ludzie wkroczyli na tereny zwierząt i je po trochu im odbierają, przerwała jej inicjatorka. Dodała, że bez umiaru kolonizujemy tereny leśne i karczujemy zieleń w publicznej przestrzeni, by świergot ptaków nie zagłuszał porannej ciszy.

Starachowice rzeczywiście powoli wkraczają w leśną głuszę, przesuwając się metr po metrze między drzewa. Betonując ją albo zastawiając wątpliwej urody granitowymi nagrobkami itp. Wszystko dla własnej wygody. Zapominając, że dzięki przyrodzie żyjemy.

Jeszcze do niedawna cztery drzewa okalały stary, mocno podniszczony śmietnik przy ulicy Wojska Polskiego, dzięki czemu mało było go widać. Dziś patrzę na wyeksponowane brzydactwo, bo drzewa w kwietniu tego roku wycięto. Nie bacząc, że zaczął się okres lęgowy ptaków. Zachodzę w głowę, kto o tym zdecydował, bo altana (latem zieleń, której już nie ma, nie pochłonie smrodu wrzucanych tam odpadów) znajduje się z dala od bloków, więc teoretycznie w owej kępie drzew nawet nie szpeciła, a one same nie mogły zagrażać bezpieczeństwu ludzi. Chyba że pyliły (sic!)... A może potrzebne jest miejsce na kolejny parking? No i wszystko jasne.

/ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ