reklama
Mieszkania

Na innych łamach

"Gość Niedzielny" nr 15

"Samorządową wiosnę ludów" ogłosił Piotr Legutko. Włodarze miast i wsi, tworzący dotąd bardzo zróżnicowane środowisko, dołączyli bowiem do frontu "anty - PiS". Sprzeciwiają się projektowi ustawy samorządowej, zakazującej ponownemu kandydowaniu w nadchodzących wyborach samorządowych urzędującym co najmniej dwie kadencje włodarzom. W ten sposób władzę w gminach straciłoby 70 proc. z nich.

"Zaskoczeniem nie jest sam pomysł wprowadzenia limitu kadencji, ale decyzja, by zmianę wprowadzić od razu, mimo zgłaszanych przez opozycję i środowiska prawnicze wątpliwości natury konstytucyjnej". Mimo to prezes PiS "wyraził polityczną wolę, by już w roku 2018 "przewietrzyć" gabinety burmistrzów i prezydentów". Stąd reakcja samorządowców. I forum z udziałem 1600 włodarzy polskich gmin. Ogłoszenie konfederacji z "Kartą samorządności" jest złą wiadomością dla rządzących. Choćby dlatego, że dotychczasową stabilizację akceptują często lokalne społeczności. "Można śmiało postawić tezę, że w takich ośrodkach jak Kraków, Gdynia czy Rzeszów tylko jakiś kataklizm mógłby doprowadzić do zmiany." W małych gminach z kolei niekoniecznie znajdą się kandydaci na najwyższe funkcje i nagłe wprowadzenie limitów kadencji mogłoby pozbawić takie społeczności zdolnych przywódców. Inna rzecz, że właśnie tam akurat wójt czy burmistrz jest od dawna największym pracodawcą i jego znajomi oraz członkowie rodzin trwają na swych stanowiskach jeszcze od XX wieku. Eksperci przyznają, że w Polsce mamy do czynienia ze zbyt małą wymianą kadr zarządzających gminami, a wielokadencyjność może być przejawem niekorzystnych zjawisk w polityce lokalnej. Radzą jednak ostrożność, bo nie wiadomo, czy nowe rozdania staną się rzeczywiście szansą dla miejskich i lokalnych aktywistów. "Bezpośrednia korzyść polityczna z ograniczenia liczby kadencji – jeśli już jej szukać – dotyczy nie tyle przejęcia władzy w gminach, ile raczej osłabienia istniejących tam aktywów bezpośredniego konkurenta. Z Platformy Obywatelskiej wywodzi się bowiem większość prezydentów największych miast (np. Warszawa, Gdańsk, Łódź, Bydgoszcz, Lublin); pracę straciłoby też na pewno ok. 60 proc. burmistrzów z PO. Bez gwarancji, że następca również będzie reprezentował to właśnie ugrupowanie." Ruch protestacyjny 1600 samorządowców jest zatem realną siłą w tej wojnie. Bo samorządowcy cieszą się uznaniem społecznym. Dlatego determinacja związana z chęcią wprowadzenia restrykcyjnego projektu ustawy zaczyna spadać i wśród członków PiS.

"Polityka" nr 16

"Gdy Polacy byli gościnni" to tytuł rozmowy Artura Domosławskiego z Dionisiosem Sturisem, dziennikarzem, potomkiem greckich uchodźców, autorem książki "Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji".

Dziś mało kto wie, że do 1949 r. trwała wojna domowa w Grecji. Prawicowy rząd walczył z komunistyczną partyzantką, która wyrosła na potęgę w latach okupacji. Polska wysyłała wtedy greckim komunistom tony żywności, broni i sprzętu wojskowego. Transporty szły statkami i samolotami. Komuniści przegrali i wielu z nich wraz z rodzinami musiało uciekać z kraju. Polska na początek przyjęła 2 tys. rannych partyzantów i dała schronienie blisko 4 tys. dzieci ewakuowanych z terytoriów walk. Nie było mowy o dyskryminacji, szybko nawiązywały się przyjaźnie. "Żaden partyjny sekretarz nie straszył pasożytami, które mogą roznosić uchodźcy. /.../ Ważniejsze było przekonanie, że ofiarom wojny należy pomagać. I dzielić się z nimi tym, co się ma." Do rannych i dzieci dołączali rodzice. Przyjechało do Polaki 14 tys. Greków. Obecnie wmawia się Polakom, że kraju na uchodźców nie stać. Tymczasem Syryjczycy uciekają tak samo, jak przed laty Grecy. W obawie o swoje życie. Wypoczywający w Grecji polscy turyści, widząc tam zagubionych Syryjczyków, omijają ich szerokim łukiem. Wojenne opowieści ich nie interesują. "Jest mi wstyd, że dzisiejsza Polska traktuje uchodźców z taką obojętnością i pogardą. W czym Syryjczycy, Irakijczycy czy Afgańczycy są gorsi od Greków, którym kiedyś pomogliśmy? Albo od nas Polaków, którym kiedyś pomagały inne kraje? /.../ Politycy świadomie mylą ich (uchodźców – przyp. ewa) z terrorystami albo nielegalnymi imigrantami. Twierdzą, że ludzie, którzy są ofiarami wojny, będą nas mordować, a w najlepszym przypadku zabiorą nam pracę. Trzeba się ich bać. Społeczeństwem przestraszonym łatwiej manipulować. To właśnie z podszeptów władz biorą się coraz częstsze pobicia imigrantów, zagranicznych studentów, właścicieli punktów z kebabem. Nie słychać, by członkowie rządu czy prezydent potępiali te ataki." Po upadu junty czarnych pułkowników w 1974 r. Grecy zaczęli wracać do swojego kraju. W Polsce żyje ich dziś 3600 i 500 Macedończyków.

"Newsweek" nr 17

Przed Wielkanocą upychali do swych toreb kartki świąteczne, obrusy i proszki do prania. Na handel – żeby wyrobić kwartalny plan sprzedaży i dostać premię. Listy i przekazy już się nie mieściły. Kto? "Listonosz bardzo polski" – pisze Elżbieta Turlej.

Zaczynający pracę w zawodzie listonosza zarabiają 1500 zł do ręki. Z 15- letnim stażem o 200 zł więcej. Ich sytuacja nikogo nie obchodzi, począwszy od członków zarządu poczty Polskiej a skończywszy na naczelnikach. "Kiedy InPost wygrał przetarg na dostarczanie listów, powiększono nam rejony. Kiedy to samo znowu przejęła poczta, rejony pozostały bez zmian, a robota podwójna. I za tyle samo." Listonoszem dziś być niełatwo. "Skórzana torba waży około 12 kilogramów. Podarty, wypłowiały worek na kółkach dwa razy tyle. Odkąd doszły gazetki reklamowe i tak zwane pakiety, czyli przesyłki w rozmiarze paczki, bywa jeszcze ciężej. Większość staje przed wyborem: nadwerężyć kręgosłup, upchnąć pakiety kosztem innych listów albo zostawić je na poczcie i wsadzić do skrzynki awizo." Praca odbywa się w systemie zadaniowym. Jeśli listonosz nie wywiąże się z rozniesienia przesyłek w terminie, zostaje po godzinach. I nikt mu za to nie płaci. Bo nie mieści się w minucie przeznaczonej na doręczenie listu poleconego i półtorej minuty na przekaz pieniężny! "Tymczasem /.../ samo wdrapanie się na piętro i naciśnięcie dzwonka do drzwi to średnio trzy, cztery minuty. Domofon – zgodnie z przepisami – odpada. Odpada też jako niezgodne z zasadami Poczty Polskiej zostawienie przed drzwiami worka na kółkach i torby. Jeśli akurat przypada dzień gazetek Selgrosa albo Makro, wchodzi się ciężko. Potem jeszcze trzeba wziąć podpis adresata, a odkąd wprowadzono, w zależności od druków, podpis elektroniczny i zwykły, trzeba go przekonać, że musi zrobić to wyraźnie i nie wychodzić poza linię. To kolejne cenne minuty, które wydłużają czas na dotarcie do następnego adresata." Poczta nie płaci nawet za dzielenie się pracą, jeśli ktoś zachorował, a drugi bierze jego robotę. Dlatego rotacja wśród młodych jest spora. Tych z długim stażem jednak nikt gdzie indziej nie przyjmie. Naczelnicy to wykorzystują. Kiedy listonosz protestuje przeciw dodatkowym obowiązkom, straszy się go zwolnieniem. A że rodzina czeka na pieniądze, przemilcza się szykany. Na nic zdają się zbiorowe protesty. "Rzecznik Poczty Polskiej /.../, zapytany o komentarz do trudnej sytuacji polskich listonoszy, wysyła e mail. A w nim m. in.: "Obserwując sytuację na rynku, zmiany trendów i oczekiwania klientów, widzimy, że konieczne jest przekształcenie się z Narodowego Operatora Pocztowego w Narodowego Operatora Cyfrowego oraz koncentracja na najbardziej perspektywicznych źródłach przychodów – logistyce rynku e – commerce i obsłudze usług e-administracji. Ponadto mamy w ofercie usługi finansowe i ubezpieczeniowe w ramach spółek grupy kapitałowej. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się nasze e-usługi /.../." Itd.

"Nie" nr 13

W Polsce orzeka się rocznie od 100 do 120 tys. spraw o alimenty – podaje Bożena Dunat w publikacji "Tato nie płaci, choć się bogaci". 50 – 60 tysięcy zobowiązanych rozlicza się przez komornika.

Ostatnio Instytut Wymiaru Sprawiedliwości zbadał 185 spraw o alimenty z lat 2013 – 2016. Najniższe alimenty wynoszą 50 zł, najwyższe 2000 zł miesięcznie. Wysokość alimentów ulega zmianie, jeśli strony wystąpią z pozwem. Prościej byłoby – zdaniem autorki – gdyby sąd określał wysokość alimentów jako część wynagrodzenia osoby zobowiązanej. Nie robi tego jednak, gdyż "w katolickiej Polsce zakłada się, że tatuś to oszust, który od razu poleci do pracodawcy z prośba, aby część wynagrodzenia przekazywał pod stołem." No i sądy na tym bazują, a przecież zdecydowanie mniejsze byłoby ich obciążenie, gdyby procentowo ustalały zobowiązania. W razie niepłacenia alimentów komornik ma prawo wpisać dłużnika do rejestru niewypłacalnych. Tyle że to nieskuteczny bat. Bo jak nie ma z czego brać, to sukcesu nie będzie. Inna rzecz, że komornicy poza pensją, pozostałym majątkiem zobowiązanego do płacenia alimentów się nie interesują. W garażu może więc stać mercedes, ale go nie zajmą na poczet zadłużenia, co właśnie odnotował we wnioskach IWS. Matki też ścigają ojców teoretycznie. Wystarczy im zaświadczenie, że egzekucja jest nieskuteczna. Wtedy ciężar płacenia spada na Fundusz Alimentacyjny. Nic dziwnego, że potrzeby są duże, jeśli w 43 proc. zbadanych spraw dłużnicy byli osobami bezrobotnymi. 12 proc. wyjechało za granicę nie zostawiając adresu. 11 proc. odsiadywało wyroki w zakładach karnych. "Konkluzja raportu jest inna niż deklaracje rządu PiS. Nie ma rozwiązania, które mogłoby doprowadzić do znaczącego wzrostu skuteczności egzekucji alimentów, bo zasadniczym problemem jest stan majątkowy dłużników. W znacznej części ich położenie jest od nich niezależne. Decyduje niepełnosprawność, brak wykształcenia, nieporadność, pobyt w pudle. IWS ma wątpliwości, czy wysokość orzekanych alimentów odpowiada możliwościom zarobkowym dłużników. Czy raczej odzwierciedla jedynie stan usprawiedliwionych potrzeb uprawnionego." Stąd pytanie autorki, czy przypadkiem Fundusz Alimentacyjny nie jest traktowany jako stałe źródło zapomogi, a nie – jak powinno być – jedynie chwilowy zastępca ojca?

"Przegląd" nr 14

Słabi w Unii, słabi w NATO. Amerykanie patrzą na nas nieufnie. Polska dyplomacja to katastrofa – podsumowuje w "Dyplomatach i dyletantach" Jerzy Maria Nowak, były ambasador przy NATO, z którym rozmawiał Robert Walenciak.

Stając się z członka obserwatorem Eurokorpusu daliśmy do zrozumienia, że Polska wycofuje się ze wszystkich działań o charakterze przyszłościowym, rezygnujemy zarazem ze współdziałania i to w momencie Brexitu. Tyle że Europa i świat mogą również przestać się nami interesować. Już uznano nas za nieprofesjonalnych z racji sposobu, w jaki opuściliśmy Eurokorpus – za pomocą oświadczenia, bez podania przyczyn. "Zrobiło to okropne wrażenie. Że jesteśmy nieprofesjonalni, że nie można z nami załatwiać żadnych spraw. Rezultat będzie taki, że zaczną nas obchodzić, nie będą się nas radzić. Potraktują jak dziwaka, nieprzewidywalnego i nieprofesjonalnego, w gruncie rzeczy – niepotrzebnego. A do tego mogą dochodzić uzasadnione z ich punktu widzenia obawy, że od nas mogą iść przecieki gdzie indziej, np. na wschodnią stronę." Niby mienimy się krajem antyrosyjskim, a jednocześnie ta antyrosyjskość nie przeszkadza nam w działaniach zbliżających Polskę do modelu rosyjskiego! "Mamy poza tym sygnały, że Rosjanie operują w Polsce bardziej swobodnie. Takie są obawy na Zachodzie, silne, może nawet przesadne, ale będą istnieć. W ten sposób w dziedzinie wspólnej polityki europejskiej bardzo się osłabimy." W NATO już to widać. Nie pełnimy w nim ważnych funkcji. Bo ... nie mamy ludzi znających języki. Pół roku przy NATO nie ma ambasadora. Poprzedniego odwołano, a ten, który ma być podobno nie zna angielskiego. Do tej pory obowiązywała zasada, że przedstawiciela w NATO Polska może nie mieć najwyżej dwa tygodnie. A teraz to trwa i trwa. Amerykanie przerzucają mniejsze jednostki chętniej do Rumunii, bo tam państwo funkcjonuje dobrze. A PiS osłabił pozycję naszego. Wybrał rolę krzykacza. Tymczasem dyplomacja lubi załatwianie spraw w ciszy gabinetów. "Stawianie sprawy: a co Tusk jako przewodniczący Rady Europejskiej zrobił dla Polski, jest świadectwem braku profesjonalizmu tych, którzy o tym mówią. On nie przyjechał tam jako przedstawiciel Polski, lecz żeby reprezentować wspólne interesy. Gdyby reprezentował tylko polskie – toby go wyrzucili. Największym niebezpieczeństwem dla Polski jest peryferyjność. Niestety, w tę stronę spycha nas PiS. Wkrótce może wrócić powiedzenie, że: w Polsce czyli nigdzie, jak w XVIII wieku.

"Forum" nr 7

"Suddeutsche Zeitung" użala się nad szarzejącą w oczach Polską. Od kiedy społeczeństwo chwyciło "Topory w dłoń" (tytuł tekstu).

Na mocy tzw. Lex Szyszko wycięto drzewa nie tylko na prowincji, ale i w śródmieściach miast – również dużych aglomeracji, m.in. Warszawy, Krakowa, Gdańska czy Wrocławia. "W stolicy w wielu parkach wyrąbano stare drzewa /.../. Głośne stały się zwłaszcza zdjęcia znad pomorskiego jeziora Sarbsko, które słynęło z położenia pośród malowniczych lasów. W ciągu dwóch dni wykarczowano tam tysiące drzew." Nikt nie wie, ile drzew w ogóle wycięto w Polsce. "Tymczasem akurat polskim miastom potrzebne jest każde drzewo: spośród 50 miast o najgorszym zanieczyszczeniu powietrza w Europie aż 33 – według danych Światowej Organizacji Zdrowia – leżą w Polsce. /.../ Stuletni buk produkuje rocznie 3,5 ton tlenu. To wystarcza dla 10 ludzi. Młode drzewa dają o wiele mniej. Stare drzewa z wielką korona są na wagę złota. /.../ Rzekomo sadzi się w Polsce 30 miliardów drzew, a wycina tylko miliard /.../. Eksperci obliczyli, że gdyby to była prawda, już za 11 lat cała Polska byłaby porośnięta lasem. Tymczasem obecnie w całym kraju widać ścięte pnie – na ulicach, podwórkach czy w parkach. /.../ Eksperci obliczają, że w ciągu dwóch miesięcy tego roku ścięto już tyle drzew, ile w całym 2016 roku. /.../ Po wielkiej awanturze i publikacji kompromitujących zdjęć wycinki wiele osób myślało, że to już koniec kariery ministra. Zwłaszcza że już wcześniej Szyszko ściągnął na siebie falę krytyki, planując wycinkę w Puszczy Białowieskiej. Minister środowiska ma jednak wielu przyjaciół, i to nie tylko wśród leśników i myśliwych. Jest też – co najważniejsze – ulubionym druhem Tadeusza Rydzyka." Niewielkie ograniczenia wycinki drzew nic nie zmienią. Podobnie jak 5- letni zakaz budowy na terenie, na którym drzewa wycięto. Nikt przecież nie będzie sprawdzał, czy jakieś tu rosły wcześniej, więc nowe przepisy nijak się będą miały do rzeczywistości. I tylko aktualności nie stracą zamieszczone w sieci memy – fotomontaż słynnego warszawskiego pomnika Chopina, siedzącego przy kikucie ściętej wierzby.

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ