Na innych łamach

"Newsweek" nr 16

Francuski filozof Michel Onfray, rozmówca Macieja Nowickiego, wystawia "Europę na sprzedaż". Bo niezliczone są znaki jej upadku.

"Na terroryzm potrafimy odpowiadać wyłącznie urządzając spektakl naszych szlachetnych intencji. Zawsze są pluszaki, które kładziemy w miejscu masakry, płaczliwe piosenki o miłości między narodami oraz znicze. /.../ Wmawia się nam, że terroryzm stanowi część naszej codzienności, że musimy się z mim pogodzić i że świece to jedyna sensowna odpowiedź na kałasznikowy. Nasza judeo- chrześcijańska cywilizacja jest martwa. Po dwóch tysiącach lat istnienia rozkoszuje się pogardą do samej siebie. /.../ Cywilizacje zawsze są fikcją opierającą się na religii. Koniec judeo – chrześcijaństwa oznacza koniec Europy. /.../ Chrześcijaństwo to istota naszej cywilizacji. W czasach jego największej potęgi wszystko, co zaprzeczało tej religii, było niszczone. Stąd wyprawy krzyżowe, palenie heretyków, inkwizycja... Ale gdy chrześcijaństwo zaczęło słabnąć, wówczas to wszystko, co mu zagrażało – renesans, reformacja, kartezjanizm, oświecenie, marksizm, psychoanaliza, strukturalizm i tak dalej – przejmowało coraz więcej władzy. Sobór Watykański II musiał stawić temu czoła. Mógł wypowiedzieć wojnę nowoczesności, która przynosi mu zgubę, albo zrobić to, co zrobił – zaakceptować ją. Kościół nie posunął się do zaakceptowania ateizmu, ale zaprosił tych, którzy nie wierzą w Boga, aby "wypowiedzieli się na temat obiektywizmu Ewangelii Chrystusa". Teologię zastąpił płaczliwy moralizm, Bóg stał się kumplem, a msze zyskały scenografię godną marnej telewizji. Sacrum zostało odesłane do kąta. Rezultat mógł być tylko jeden – kryzys Kościoła przyspieszył. /.../ Katolicyzm przeżywa dziś triumf medialny, ale triumf medialny nie oznacza triumfu wiary. /.../ Religia to sekta, która odniosła sukces. A jak sekta może odnieść sukces? Za pomocą przemocy. Nie sposób zbudować cywilizacji za pomocą miłości, tolerancji, pokoju, życzliwości. Potrzebny jest do tego miecz. Nie przypadkiem święty Paweł, ojciec Kościoła powszechnego, przedstawiany jest z mieczem. /.../ Święty Paweł lansował wizję nowego człowieka. Jakobini również, a potem Sowieci i naziści. Ale to miliarderzy z Kalifornii zrealizują tę wizję i będzie to gorsze niż wszystkie potworności, które potrafimy sobie wyobrazić" – wieszczy intelektualista.

"Polityka" nr 15

"Prawdziwe "Ucho prezesa" pokazała Anna Dąbrowska. To na ulicy Nowogrodzkiej 84/86, nieopodal placu Zawiszy, zapadają dziś najważniejsze decyzje i zbiegają się ścieżki władzy.

Choć siedziba PiS znajduje się w nieco obskurnym budynku dawnej drukarni, miejsca jest dosyć. Siedziba partii mieści się na parterze i dwóch piętrach. Na samym dole zorganizowano archiwum. Prezes Jarosław Kaczyński urzęduje na pierwszym piętrze. Legendarna pani Basia, pilnująca dostępu do szefa, to Barbara Skrzypek, którą prezes poznał w Kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy. "Trafiła do państwowej administracji jeszcze w czasach PRL. Kaczyński w swojej książce wspomniał, że była sekretarką premiera Zbigniewa Messnera. Kiedy Kaczyński pokłócił się z Wałęsą, ona zapytała, czy może odejść razem z nim. Zgodził się i nigdy tego nie żałował. Pisał, że wytrwała z nim w najtrudniejszych politycznie czasach, a po katastrofie smoleńskiej zalicza ją do grona przyjaciół." Służbowo B. Skrzypek rzeczywiście jest bramą do gabinetu prezesa. "I tę akurat prawdę o pani Barbarze "Ucho" dość wiernie oddaje. Były już polityk PiS opowiada, że potrzebował wyjaśnić sobie z prezesem pewną ważną sprawę. Był na liście tych, którzy podpadli Kaczyńskiemu. – Przyszedłem na wyznaczoną godzinę 12.00, a tam jeszcze przed gabinetem czekali ludzie z godziny 10.00. Pani Basia kazała czekać. Poprosiłem o wyznaczenie innego terminu, ale kazała mi dzwonić co kilka dni i pytać – opowiada. Mówi, że nie chciał podjąć tej upokarzającej gry prezesa. – Poprosiłem panią Barbarę, aby prezes wyznaczył mi nowy termin, a ja się stawię, ale ona kazała dzwonić. Zrezygnowałem - wspomina. Inny poseł opowiada, że miał pewne informacje o szefie swojego okręgu. Zapisał się na wizytę, a kiedy nastał już ten dzień, to ku swojemu zdziwieniu zobaczył, że obok prezesa siedzi ów szef okręgu. – To nie była przyjemna sytuacja, bo miała to być rozmowa w cztery oczy. Czasami prezes doprasza też na takie rozmowy szefa struktur Joachima Brudzińskiego – relacjonuje. Pani Barbara z prezesem ustala, kogo i na jak długo ma odsyłać z kwitkiem." Pilnuje również archiwum prezesa. Tylko w ubiegłym roku do J. Kaczyńskiego wpłynęło 20 tys. spraw. Wszystkie są skatalogowane i poukładane alfabetycznie. "Niektórzy posłowie zastanawiają się, ile jest w nich haków na nich. Kaczyński powiedział kiedyś: "w napięciu lat 90. ludzie przynosili mi jakieś sensacje. Ludzie mają taką potrzebę". A on ją zaspokaja, kolekcjonując te donosy. – Prezes wiele z tych listów zabiera do domu, nocami na nie odpisuje, a ktoś z nas przepisuje to potem na komputerze – opowiada współpracownik Kaczyńskiego. Prezes, choć na jego biurku stoi komputer, nie korzysta z niego." Gabinet zresztą różni się od tego z "Ucha". "Zgadzają się tylko elegancka lampka z zielonym kloszem i zasłonięte wiecznie żaluzje w oknach wychodzących na podwórko. Czas tu się zatrzymał. Po obu stronach biurka zawalonego papierami stoją dwie donice z kwiatami do sufitu, jest stolik, przy którym zmieści się z pięć osób, i telewizor, którego prezes też nie ma w zwyczaju włączać. Jest też pamiątka po bracie, orzeł wyrzeźbiony w soli, którego Lech Kaczyński otrzymał kiedyś w prezencie."

"Przegląd" nr 13

Osoby bezdomne są dla nas na ogół przezroczyste – nie ma wątpliwości Anna Machalica – Pułtorak, socjolożka i społeczniczka, z którą w wywiadzie "Ptaki ciernistych krzewów" rozmawiał Mikołaj Szwarc. Toteż znaczenia obecnie nabiera nowy zwód, streetworker.

To pracownik socjalny, starający się interweniować na ulicy, by osoby bezdomne mogły z bezdomności wyjść. Najlepsi są ci, którzy się wywodzą z tego środowiska. Wiedzą, czy prośba o 2 zł ze strony przypadkowego przechodnia to bezdomność czy alkoholizm. Ważne jednak, by w danym momencie udzielić adekwatnej pomocy. Spisy powszechne pokazują, że mamy w Polsce ok. 30 tys. osób bezdomnych. Ale na pewno jest ich więcej. Wszyscy odpowiadamy za ten tak liczny margines. "Powiem smutną rzecz o nas, Polakach: nie jesteśmy dobrymi ludźmi. To nie oskarżenie. Historia pokaleczyła nas, mamy kompleks krzywdy, wiele lat gnębienia za sobą. To przecież wciąż żywa pamięć – zabory, wojna. Później PRL, której polityka całkowicie zwolniła obywateli z naturalnego obowiązku pomocy, bo państwo wzięło wszystko na siebie. Choć to Solidarność stała u podstaw ostatnich zmian systemowych, tak naprawdę w nowych czasach zapomnieliśmy, czym jest społeczna solidarność. /.../ W związku z tym słabszymi ludźmi mało kto się interesuje. Nie ma w nas poczucia odpowiedzialności za potrzebujących. /.../ W dodatku sytuacja polityczna zupełnie nie sprzyja budowaniu więzi. Ich zalążki są właśnie niszczone. Funduje się nam nieufność i nienawiść. Ludzie, którzy to robią, powiem szczerze, będą się smażyć w piekle. A zapłacimy my wszyscy – za to, że im pozwalamy. Moim zadaniem obecna polityka prowadzi do katastrofy w każdym wymiarze, zarówno politycznym, społecznym, jak i gospodarczym." Polacy są wygodni. Nie wiedzą, że na jednego mocnego przypada jeden słaby. I nikt w nich tego poczucia nie buduje, nie uczy się tego w szkołach. Bierzmy przykład ze Stanów Zjednoczonych! Tam aktywność społeczna jest czymś oczywistym. Pomagając wykluczonym, w tym bezdomnym, ma się lepsze samopoczucie i mniemanie o sobie. Więcej energii do rozwoju. Dobro się opłaca. Rozwija to społeczeństwo, w którym obywatele są dla siebie dobrzy.

"Nie" nr 12

"Polskie obozy zagłady" są faktem – alarmuje Joanna Skibniewska. Co czwarte zwierzę w schronisku umiera. Z wycieńczenia, chorób, często z głodu. Za społecznym i urzędowym przyzwoleniem.

Został wprowadzony obowiązek odławiania bezpańskich czworonogów, ale nic nie normuje późniejszej odpowiedzialności za zwierzaka. "Hycel łapie bezdomnego psa i teoretycznie powinien zawieźć go do schroniska. Ale wcale nie musi, bo nie regulują tego żadne przepisy. Dlatego często hycel inkasuje pieniądze, ale zwierzę znika. Zwykle jest po prostu zabijane (nawet nie usypiane, bo to by zwiększało koszty). /.../ Tak można na jednym psie zarobić nawet 5 tysięcy." Gminy nie prowadzą własnej ewidencji zwierząt, ewidencjonują tylko koszty usuwania zwierząt. Schroniska są fikcją. To jedynie przejaw swobody działalności gospodarczej. Dopóki media nie zainteresują się warunkami w takich przybytkach, nikt tego nie kontroluje. Nie ma środków nadzoru nad dalszym losem zwierząt. Po wejściu w życie nowej ustawy o ochronie zwierząt w 2012 r. w Polsce powstały wręcz kombinaty zarabiające na bezdomnych zwierzętach. Wnioski z kontroli NIK za każdym razem są wstrząsające. Na zabijanie zwierząt pozwalają także gminy. "Wiele gmin jawnie uchwalało uśmiercanie tych zwierząt (np. Starachowice), ale regułą było, że w ogóle nie wypowiadały się na temat dalszych ich losów. Urzędnicy uznali, że zadanie gminy kończy się na dostarczeniu zwierzęcia do schroniska albo tylko na umowie z hyclem, który ewentualnie ma własną umowę ze schroniskiem. W polskich schroniskach psów jest 3 razy więcej, niż można pomieścić, a kotów prawie 5 razy więcej. Stwierdzono, że w co drugim polskim schronisku zwierzęta nie są należycie karmione, a w ok. 30 proc. zwierzaki gniją we własnych odchodach."

"Przekrój" nr 2

"Nie prostujmy Wisły" – nawołuje Łukasz Kaniewski. Im usilniej regulujemy rzeki, tym bardziej zwiększamy prawdopodobieństwo powodzi i suszy.

Regulowanie rzek pozornie tylko zwiększa poczucie bezpieczeństwa. Ludziom wydaje się, że wybetonowana, pogłębiona rzeka o wykarczowanych brzegach, jest okiełznana i ucywilizowana, więc nie wyleje. Niestety, dzieje się odwrotnie. Im bardziej uregulowana, tym większych spiętrzeń można się spodziewać. Każda gmina martwi się wyłącznie o swój kawałek rzeki. A przecież to jednolity organizm, z konkretnymi dopływami, których nie bierze się pod uwagę. Błąd! Jeśli bowiem po okresach intensywnego deszczu woda z wielu uregulowanych dopływów wpada do dużej rzeki, to ta nie jest w stanie jej przyjąć. Wybetonowanie wielu małych rzeczek zatem spowoduje wielkie spiętrzenie na dużej rzece, np. na Wiśle. Chcąc dziś uniknąć szkód popowodziowych, należy po prostu nie osiedlać się na terenach zalewowych. O ile w dużych miastach jest to trudne, o tyle poza nimi warto zbadać historie wylewów i odpowiednio usytuować dom. Niby do wysuszenia ziemi przyczyniają się instalacje melioracyjne. Te jednak pochodzą jeszcze z czasów PRL i są w większości zdewastowane, albo zostały w ogóle źle pomyślane. W rezultacie zwiększają jeszcze ryzyko powodzi. "Meandrująca, dziko porośnięta rzeka ma znacznie lepszą zdolność utrzymywania wody w okolicznych gruntach. Jeśli poziom wody w rzece jest wysoki, tworzy się wokół niej jak gdyby puszka wilgotnej ziemi. Jeśli jest on niski, rzeka działa odwrotnie – wysysa wodę z okolicy." Poza tym, że regulacje wyrządzają krzywdę samym ludziom, to jeszcze szkodę czynią przyrodzie. Uregulowanie rzeki to prawdziwy kataklizm dla żyjących w niej stworzeń. Nawet jeśli zwierzętom uda się przetrwać inwazję techniki, to i tak nie znajdą sobie potem odpowiedniego miejsca do życia! W Europie tyko dwie rzeki mają najdłuższe 400 – kilometrowe nieuregulowane odcinki. Dzięki temu są wciąż prawdziwymi rzekami. Do tego się obecnie wraca, co czynią np. Francuzi. Aktywnie wykorzystują naturalne walory Loary. Dobrze byłoby tak samo traktować polskie rzeki. Marzenia o masowym transporcie rzecznym odłożyć ad acta.

"Moda na Zdrowie" nr 4

Choroby rzadkie są... częste – przybliża problem Małgorzata Maćkowiak, dyrektor Polskiego Stowarzyszenia Pomocy Chorym na Fenyloketonurię i Choroby Rzadkie "Ars Vivendi", rozmówczyni Anny Twardowskiej w wywiadzie "W jedności siła".

W Polsce problem nie w pełni sprawnych dzieci ze szczególnymi dolegliwościami dotyka 2- 2,5 mln osób, a w Europie ponad 30 mln. Na większość chorób nie ma lekarstwa. Pacjenci są leczeni objawowo i poprzez rehabilitację. A jeśli nawet istnieją leki, to są bardzo drogie, bo produkowane dla małej populacji. Kiedy kobieta rodzi dziecko ocenione na 10 punktów, to wcale nie oznacza, że z czasem nie pojawią się u dziecka symptomy wskazujące na istnienie rzadkiej choroby. Ba, jej zdiagnozowanie jest niebywale trudne i ciągnie się niekiedy latami. Pozostaje integracja środowiska, bo w jedności siła. "Nie wszyscy to rozumieją, ale każdego roku przybywa ludzi myślących. /.../ Coraz więcej osób ma świadomość, że tylko trzymając się razem, można wpływać na pewne rozwiązania, wypracowywać standardy, budować lepszy świat dla ludzi chorych. /.../ Ogromnym sukcesem dla wszystkich byłoby uchwalenie i wdrożenie Narodowego Programu dla Chorób Rzadkich. Wtedy standardy opieki byłyby zapisane, procedury postępowania wdrożone." A tak przed rodzicami staje konieczność wręcz walki o życie dziecka samodzielnie. I na tym się nie kończy. Bo kiedy takie dzieci dorastają, pozbawia się je zupełnie możliwości dalszego leczenia. Co z tego, że upośledzone chorobą dziecko dostaje rentę rodzinną, jeśli jest ona bardzo mała. Matka, która opiekowała się takim dzieckiem, nie wypracowała emerytury i rodzina jest skazana na wegetację. "To są ogromne osobiste dramaty rodziców nie mogących znaleźć systemowej opieki." Dużym problemem pozostają ponadto orzeczenia o niepełnosprawności. Powinny je mieć wszystkie dzieci chore na ciężkie genetyczne choroby metaboliczne. Żeby mogły korzystać z ulg na dojazdy do lekarza i z rehabilitacyjnych turnusów. Tymczasem urzędnicy stawiają na przepisy, a nie na dobro dziecka i sprawy się ślimaczą. Gdyby nie fundacje, stowarzyszenia, rodziny pozostałyby zupełnie bez pomocy. Bo państwo w tym segmencie nie działa.

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ