reklama

Po sąsiedzku

Mimochodem

 

Wiele tygodni minęło, zanim poznałam personalia nowych sąsiadów. Ponieważ to oni wkroczyli na teren w części zajęty przez zasiedziałych lokatorów, spodziewałam się, że po zadomowieniu się spróbują nawiązać nić porozumienia.

Gdyby to się działo w Kanadzie, powinnam jako pierwsza zapukać do nich z upieczonym przez siebie plackiem. Ale to i tak ja uczyniłam pierwszy krok. Trzeba przecież znać swoich sąsiadów, choćby dla wzajemnego bezpieczeństwa. Przy pierwszej nadarzającej się okazji przedstawiłam się zatem wyraźnie, spodziewając się tego samego po drugiej stronie. Swoje wymogłam dopiero po lekkim nacisku. Stąd podejrzewam, że placek w polskich warunkach mógłby się nie sprawdzić. Ale już wiem, z kim mam do czynienia.

Zasiedlający przed laty nowo oddawane starachowickie bloki od razu wchodzili ze sobą w koleżeńskie relacje. Wielu lokatorów przyjaźni się do dziś. Znajoma seniorka tak właśnie nawiązała kontakt z o pokolenie młodszą sąsiadką. Była świadkiem jej zawodowego usamodzielniania się, zakładania rodziny; dla jej dzieci jest ukochaną ciocią. Słowem, wszyscy dziś traktują się prawdziwie rodzinnie. Przy czym seniorka czuje się otoczona wielką troską, zwłaszcza teraz, kiedy dotknęła ją czasowa niesprawność. Takich sąsiadów ze świecą szukać?

Koleżanka również znalazła przyjaciół na piętrze. Za ścianą. Poznały się najpierw dzieci na placu zabaw przed blokiem, a zaraz potem zbliżyli do siebie ich rodzice. Ponieważ jednak niekiedy to co dobre nie trwa wiecznie, po dawnym sąsiedztwie została tylko przyjaźń. Na odległość. Sąsiedzi bowiem, kiedy dzieci urządziły się daleko od Starachowic, zdecydowali się przenieść w ich pobliże. Niestety, na drugi koniec Polski. Tak zresztą dzieje się teraz dosyć często. Mieszkania pustoszeją, po czym znajdują nowych nabywców. Niekiedy zmieniają przeznaczenie. Nie są lokalami docelowymi, lecz na wynajem. W każdym jednak przypadku dobry obyczaj nakazuje przynajmniej wzajemne się poznanie. Z imienia i nazwiska chociażby. O pożyczaniu sobie szklanki cukru, zostawianiu kluczy i podlewaniu kwiatów w razie nieobecności nawet już nie myślę. Chociaż ze względu na rozmaite okoliczności - może np. pęknąć rura wodociągowa i woda zaleje mieszkania – byłoby to wskazane.

Wraz z postępem cywilizacyjnym dystans między Polakami staje się coraz większy. Rygluje się drzwi na dziesięć spustów, zamyka całe osiedla. Ba, ogranicza się kontakty do bardzo wąskich wybranych grup, a wręcz osób tylko. Wszystkich pozostałych traktuje się jeśli nie wrogo, to obojętnie. Tak jakby każdy był potencjalnym zagrożeniem. A może jest? Albo inaczej, z jakichś powodów się nie podoba, bo lepiej mu się powodzi, jest przystojniejszy. Nie daj Boże, ma inny kolor skóry!

Ta sytuacja jest wysoce naganna. Bo nie ma usprawiedliwienia dla parkowania na miejscu dla inwalidów. Wynikła jednak z obopólnego porozumienia "starych" sąsiadów. Na chwilę. Miejsca zostały wyznaczone przed klatką schodową bloku. Trzy. Z przeznaczeniem dla konkretnych aut. Tej zimy dwa stanowiska stały puste. Bo jeden z lokatorów się wyprowadził, a drugi zamknął auto w garażu. I ten właśnie sam zaproponował dawnemu sąsiadowi, by gdy będzie niemożliwe zaparkowanie gdzieś w pobliżu, zajął jego miejsce, kiedy przyjedzie podlać kwiaty w dziś opustoszałym mieszkaniu. Dawny sąsiad nie powinien na to pójść, bo jednak chodziło o miejsce dla inwalidy. Ale pewnego razu zaryzykował. Skończyło się mandatem i punktami karnymi. Sąsiedzi są bowiem czujni. Mimo że znają samochody parkujące przed blokiem, również byłych mieszkańców, korzystają z każdej okazji, by zaszkodzić drugiemu.

Zrobienie zdjęcia nie wymaga dziś fatygi (smartfon sam się włącza), może trochę większej zgłoszenie drogowego przewinienia stosownym służbom. Na dodatek z brzydkim komentarzem, co zdradzili funkcjonariusze. To oni potwierdzili, że sąsiedzka rozmowa przestała być obecnie sposobem na porozumienie się. Niby po sąsiedzku wystarczyło, by sąsiad sąsiadowi zwrócił uwagę. Wtedy jednak trzeba by zrezygnować z satysfakcji dokuczenia sąsiadowi. I tak powiedzenie: "jak dobrze mieć sąsiada", wypada nieco zweryfikować. Jeśli się mieszka w Polsce, a nie w Kanadzie. Tam bowiem w dalszym ciągu jeszcze obowiązuje sąsiedzki savoir vivre, jak zapewniała polska dziennikarka, osiadła na stałe w Kanadzie, którą do swojego programu zaprosiła w kwietniu br. Eliza Michalik z Superstacji. Słuchałam z niedowierzaniem, że gdzieś jeszcze ludzie żyją i traktują się normalnie. Z szacunkiem, mimo odmiennych poglądów. Pewnie również mimo innej wiary i zachowań.

/ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ