reklama
Mieszkania

Na innych łamach

"Newsweek" nr 14

Polscy uczeni powtórzyli słynny eksperyment pokazujący ciemną stronę ludzkiej psychiki – informuje Dorota Romanowska w "Posłusznych aż do okrucieństwa".

To Stanley Milgram, jako pierwszy, 50 lat temu, wstrząsnął światem nauki. Wykazał, że człowiek jest posłuszny autorytetowi i potrafi zadawać innym ból. Chętnych do uczestnictwa w eksperymencie zaprosił do laboratorium. Zostali belframi, a wtajemniczony w eksperyment aktor – uczniem. "Nauczyciele" czytali "uczniowi" pary wyrazów, a potem sprawdzali, ile z tego zapamiętał. Za błędną odpowiedź karali, rażąc prądem o słabym napięciu. Tyle że z każdą złą odpowiedzią prąd stawał się mocniejszy. Uczeń tak naprawdę prądem rażony nie był, ale zachowywał się zgodnie ze scenariuszem prowadzącego badania. Krzywił się z bólu, z czasem krzyczał, skarżył na problemy z sercem i błagał o przerwanie testu. Niektórzy nauczyciele chcieli zaprzestać eksperymentu, lecz prowadzący ich uspokajał, tłumacząc, że to dla potrzeb nauki. Okazało się, że aż 65 proc. ochotników zgodziło się kontynuować badanie z użyciem coraz większego prądu. Innymi słowy, ludzie łatwo mogą stać się bezwzględnymi oprawcami. Co ciekawe, sami byli tym zaskoczeni. W 2009 roku badanie powtórzył prof. Jerry M. Burger, psycholog z Santa Clara University. Spodziewał się, że lata walki o prawa człowieka zmieniły nasze postępowanie. Nic bardziej mylnego. Wtedy już 70 proc. nauczycieli chciało dręczyć ucznia. I wcale ludzie empatyczni, jak się wydawało, nie byli mniej okrutni. Testy wśród Polaków nie wypadły inaczej. Aż 90 proc. uczestników zastosowało najmocniejszą karę – 150 V. Gdy uczniami były kobiety, rażono je prądem równie bezwzględnie. Tylko kilku osób nie udało się zmusić do posłuszeństwa. Jednym z nich był działacz Solidarności i więzień polityczny. Drugi to mężczyzna z kryminalną przeszłością. Jaki stąd wniosek? Przez całe życie jesteśmy poddawani treningowi. Mamy być posłuszni rodzicom, nauczycielom. Mamy wykonywać polecenia i ... nie myśleć.

"Przegląd" nr 11

Żyjący jeszcze mieszkańcy wiosek, w których dochodziło do aktów przemocy ze strony "żołnierzy wyklętych", domagają się, by IPN przestał robić z nich świętych, inaczej zaczną o dokonanych w tamtych czasach zbrodniach mówić jeszcze głośniej – pisze Leszek Konarski w tekście "Nie igrać z "Ogniem".

W tym przypadku chodzi o Józefa Kurasia, PS. "Ogień", czczonego dziś jak bohatera. "Do tego dołącza Kościół – organizuje msze nie za ofiary, ale za dusze tych, którzy strzelali" – oburzają się ludzie. Nie do uwierzenia, że nie dąży się do rzetelnej dyskusji historycznej. Nie bierze pod uwagę wspomnień naocznych świadków wydarzeń. Pamiętają wciąż, że otoczony przez oddział kilkudziesięciu funkcjonariuszy bezpieki i żołnierzy KBW J. Kuraś próbował popełnić samobójstwo. Strzelił sobie w głowę, ale się nie zabił." Dopiero po nieudanej operacji zmarł w szpitalu. We wszystkich notatkach lekarskich i milicyjnych jest informacja, że w chwili śmierci znajdował się w stanie upojenia alkoholowego. Nikt nie badał trzeźwości jego partyzantów, ale sądząc po całodniowej balandze w Waksmundzie, nie mieli wiele czasu na to, by alkohol wywietrzał im z głów. O tym wszystkim nie ma wzmianki w publikacjach IPN." Dlatego mieszkańcy miejscowości nie mogą wyjść ze zdumienia, że takich wątpliwych bohaterów daje się młodzieży jako wzór do naśladowania. Przeczy to, ich zdaniem, wszelkim zasadom etycznym, prawnym i moralnym obowiązującym w każdym kraju. "Gdzie w Polsce jest prawo i sprawiedliwość? – pytają. Ludzie "Ognia" dokonywali mordów i rabunków również na Słowacji. Tam tego typu ludzie są nazywani bandytami, u nas – bohaterami. "Historycy IPN nie chcą rozmawiać z ludźmi, wiedzę czerpią z dokumentów bezpieki. /.../ Przecież my tu, na Podhalu, doskonale wiemy, kto donosił do Służby Bezpieczeństwa, który z członków oddziału "Ognia" wzbogacił się na rabunkach, kto mordował Żydów dla pieniędzy, kto z żydowskiego złota i kosztowności zbudował dom." Stąd apele do władz o odebranie badań nad "żołnierzami wyklętymi" historykom z IPN, którzy za państwowe pieniądze uprawiają propagandę, i powierzenie tego tematu niezależnym i rzetelnym naukowcom."

"Nie" nr 10

Rząd planuje "Skok na PUPY" – zapowiada Maciej Mikołajczyk. Obecnie pośredniaki to instytucje samorządowe, podlegające starostom. Ale od przyszłego roku mają podlegać rządowi. To rząd zatem będzie decydował, kto i ile pieniędzy otrzyma. Przecież to rząd odpowiada za sytuację na rynku pracy.

Centralizacja zarządzania zwiększy więc efektywność wydatków. "Działalność PUP –ów finansowana jest z Funduszu Pracy i funduszów unijnych. Co roku do podziału jest 10 mld zł; kto tymi pieniędzmi zarządza, sprawuje rząd dusz w Polsce powiatowej. Teraz dystrybucją forsy zajmują się samorządy z PUP - ami, po reformie będzie to przywilej ministerstwa Rafalskiej. PiS faktyczną władzę w terenie zdobędzie więc, zanim odbędą się wybory do samorządów. Partia prawa i sprawiedliwości wygra w cuglach, bo na platformersów i ludowców nie zagłosują ani bezrobotni, ani pracodawcy, bo jedni i drudzy nie mają interesu w sadzaniu na stołkach impotentów" – konkluduje autor. Mało, PiS zyska głosy armii urzędników i ich rodzin. Ci bowiem, w obawie przed utratą pracy, już szturmują ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego. Są gotowi uwierzyć nawet w smoleński zamach, byle zasilić szeregi PiS. "Posunięcie jest rozsądne, albowiem po przejęciu urzędów ministerstwo chce rozpisać konkursy na stanowiska dyrektorów i kierowników działów, zatem oczywiste jest, że zdrajcy ojczyzny, nawet jeśli zęby zjedli na walce z bezrobociem, szans na sukces nie mają" – obawia się M.. Mikołajczyk. Za PUP- ami pójdą sanepidy, inspektoraty budowlane, stacje kontroli pojazdów itd. "Zabierając samorządom liczne instytucje, PiS na prowincji stanie się największym i najbardziej wpływowym pracodawcą, co partii zapewni zwycięstwo nie tylko w wyborach samorządowych. Jedynowładztwo Kaczyńskiego może trwać dozgonnie."

"Duży Format" nr 11

Z generałem broni Mirosławem Różańskim, do końca lutego dowódcą generalnym polskiej armii, w wywiadzie "Czas honoru" rozmawiał Tomasz Kwaśniewski.

Od 11 marca br. przez lata stał na straży konstytucji, zgodnie z tym, co jest napisane w rocie przysięgi wojskowej. Tyle że wokół konstytucji przez rok wiele się zmieniło. "Autorytety. Instytucje. Środowisko międzynarodowe. Wszyscy poddają w wątpliwość, czy aby na pewno ład konstytucyjny w naszym kraju jest zachowany." A że miał z tym wątpliwości, odszedł. "Nie można legitymować tego, w co nie wierzymy. /.../ Ja nawet rozmawiałem /.../ z jednym z sędziów Trybunału Konstytucyjnego, czy nie należałoby podjąć dyskusji seminaryjnej na temat tego fragmentu roty przysięgi wojskowej ("Stać na straży konstytucji" – przyp. ewa). Jak to należy tłumaczyć? Następna rzecz wynika z kolejnego fragmentu roty: "Strzec honoru żołnierza polskiego". No a co to jest ten honor? /.../ 1 lipca 2015 roku, gdy obejmowałem swoją funkcję, powiedziałem, że przygotuję armię do przyszłych działań. No, a teraz uznałem, że przez ten ponad rok działania, jakie podejmował rząd, a konkretnie Ministerstwo Obrony Narodowej, uniemożliwiają mi wypełnienie powyższego. Plan modernizacji technicznej uważam, delikatnie mówiąc, został dziś wzruszony... /.../ Jeśli my ten system, który dzisiaj jest, zaburzymy, czyli żołnierze nie będą mieli nowego sprzętu, nie będą się szkolili, a to nam grozi, jeśli chodzi na przykład o kwestie związane z ratownictwem na morzu, to stracimy te zdolności. /.../ Bo państwo demokratyczne opiera się na cyklicznych elekcjach. Co oznacza, że społeczeństwo co cztery lata decyduje: ci nam nie odpowiadają, wybieramy tamtych. No, a ci, którzy stają do tych zawodów, coś tam społeczeństwu obiecują, coś przedstawiają. I w rezultacie się dzieje tak, że wybór, kto ma dostarczyć i co ma dostarczyć, ma podłoże polityczne, a nie merytoryczne. /.../ Minister Macierewicz wielokrotnie, jak już się spotkaliśmy, podkreślał, że on nie jest ekspertem wojskowym, tylko politykiem – trafna diagnoza. Problem w tym, że brakowało ciągu dalszego. /.../ Nie jest możliwe, żeby samodzielnie zarządzać bytem, którego liczba pracowników jest mierzona w stu tysiącach. Tu trzeba delegować kompetencje. Oddać uprawnienia. Stworzyć mechanizmy kontroli, nadzoru itp. A tego nie da się zrobić bez zaufania."

"Forum" nr 5

Amerykańska brygada ma nas bronić przed inwazją ze Wschodu. Jednak Adam Michnik – w wywiadzie dla rosyjskiego tygodnika, zatytułowanym " Demokracja to delikatna roślina" – uważa, że największe zagrożenie dla demokracji nad Wisłą stanowi dziś obóz rządzący.

W dzień wyborów w 2015 r. Polacy w dużej części nie poszli do urn, twierdząc, że ich to nie dotyczy, ale chyba teraz wytrzeźwieli. Widzą już, że ogranicza się im krok po kroku swobody, lekceważy ich godność, dumę i ignoruje poczucie sprawiedliwości. "Sami jesteśmy winni tego, co się wydarzyło. Zlekceważyliśmy wpływ mediów społecznościowych. Myśleliśmy, że o wszystkim decydują telewizja, radio, gazety, Internetu nie wzięliśmy pod uwagę. W odróżnieniu od PiS. Demokracja to delikatna roślina. W Polsce nie zdołaliśmy jej ochronić." Według rządzących co prawda Polska nie ma żadnych problemów z demokracją. Tylko że ktoś przecież podporządkowuje swojej władzy prokuraturę, armię, media. Zasady demokracji są łamane bez przerwy. A paraliż Trybunału Konstytucyjnego? "Zna pan Kaczyńskiego osobiście. Czego on pragnie?" – pyta Marina Gulajewa. "Władzy. Jego nie interesują pieniądze, jedzenie, dziewczęta, chłopcy – tylko władza. To jego adrenalina. Jest bardzo utalentowanym politykiem. Tyle że ma talent do niszczenia." Czeka nas zatem kiepski rok. PiS władzy nie odda. Ale musi się liczyć z tym, że Polska jest w Unii Europejskiej i w NATO. "Nie chcemy Majdanu, jak na Ukrainie, nie chcemy wojny domowej. Chcemy zgodnie z konstytucją zmieniać władzę, a to nie dzieje się momentalnie."

"Gość Niedzielny" nr 12

"Joga. Dlaczego nie?" Trzeba mieć jednak świadomość, że to nie jest technika relaksacyjna – wyjaśnia Marcinowi Jakimowiczowi Maciek Sokorski, człowiek zajmujący się teatrem, ojciec wielodzietnej rodziny.

Jogi nie poleca, ponieważ doprowadziła go aż do próby samobójczej. Nie ma bowiem takiej możliwości, by stosując praktykę duchową, pracującą z czakramami czyli ośrodkami energetycznymi w ciele człowieka, można było ominąć tę rzeczywistość. Oznaczałoby to bowiem, że ćwiczenia wykonuje się źle. A muszą pracować na poziomie duchowym, bo po to jest joga. Nie ma jogi gimnastycznej. "Joga jest u swych podstaw całkowicie sprzeczna z chrześcijaństwem. /.../ Jej opisaną w upaniszadach istotą jest zniknięcie, rozpuszczenie się, zespolenie się ze wszechświatem, unicestwienie, zjednoczenie z Brahmanem (bezosobowym aspektem Absolutu, który przenika się z naturą, kosmosem) w procesie, który nazywa się samadhi. Tu nie ma mowy o żadnej relacji, bo "po drugiej stronie" nie ma żywej osoby. Nie ma Boga. Jest bezosobowy Brahman." Joga zatem pozostaje w sprzeczności z chrześcijańską wiarą. Najpierw elementy hinduizmu bezkrytycznie przyjęli po 1968 roku hippisi. Trafiła do Europy jako rodzaj gimnastyki. Tymczasem joga to "duchowość Antychrysta", jak ją nazywa o. James Manjackal. Inny Hindus, o. Jacquws Verlinde mówi, że otwieranie czakramów powoduje otwarcie na duchy, które może lepiej zostawić za drzwiami. "Pozycje jogi prowadzą do zmian biochemicznych w mózgu. /.../ Ktoś może ćwiczyć dziesięć lat i nic się nie wydarzy, a inny po tygodniu może mieć duchowe problemy. /.../ Joga doprowadza do przewartościowania pewnych potencjałów, prowadzi do rozwoju paranormalnych zjawisk." Wchodzi się w rzeczywistość transu. Zdarza się lewitowanie, wzrasta odporność na ból. Nawet można usłyszeć myśli innych ludzi. Wtedy pojawia się pycha. "Wszystko ulega przewartościowaniu: zaczynasz mówić o delfinach czy małpach, a zapominasz o drugim człowieku, nie wspominając już o dzieciach nienarodzonych. /.../ Podsumowaniem tej opowieści może być pewien obraz. /.../ Budda odchodzi z tego świata, siedząc pod drzewem w pozycji medytacyjnej. To najbardziej skupiony na sobie gest, jaki zna mowa ciała. Jezus umiera na krzyżu z rozpostartymi ramionami. Nie ma gestu, który podkreślałby większe otwarcie."

"Polityka" nr 13

W śląsko - małopolskich Wilamowicach przetrwała kultura i unikatowy język, który jest wymieniony w atlasie UNESCO i zaliczony do poważnie zagrożonych.

Miejscowi przez lata bali się nim mówić – pisze Zbigniew Rokita w reportażu "Kumże tu!" Bo przypomina niemiecki, niderlandzki albo jidysz. Dziś jest ciekawostką, ale i tak ludzie dalej obawiają się nim posługiwać. Ich przodkowie przybyli do Polski jeszcze w XIII wieku z terenów obecnego Benelexu, prowadzeni przez niejakiego Wilhelma (od niego wzięły się Wilamowice), kiedy spustoszenia klimatyczne i wojenne kazały im szukać nowego domu. Przez wieki tworzyli zwartą społeczność, założyli miasto i pielęgnowali własną kulturę: z własnym językiem, strojami itp. Na początku XX wieku doszły do głosu nacjonalizmy. Zaczęto wilamowianom wytykać germańskie (? ) korzenie. W czasie II wojny musieli stać się Niemcami. Zżyci z sąsiadami nie wzięli jednak strony okupanta i jakoś dotrwali do powojnia, odzyskawszy nawet majątki. Przestali natomiast mówić swoim językiem, ze względów bezpieczeństwa. Dzięki zaangażowaniu grupy wilamowian język i obyczaje przywraca się światu. Wydawało się to trudne na początku. Ale młodzi z uporem pisali podręcznik do nauki języka, tłumaczyli swoje pieśni z powrotem na wilamowski. "Pewnego razu pojechali na szkolną wycieczkę do belgijskiej Flandrii. W sklepie szukali materiału na strój. Tymoteusz zagadał do Justyny (bohaterowie reportażu – przyp. ewa) po wilamowsku: "Chodź, tu jest za drogo". Ekspedientka odpowiedziała: "Wcale nie jest drogo". Po ośmiuset latach od wymarszu Wilhelma zrozumiała ich język." Dziś wymysioeryś (nazwa języka) można się uczyć na Uniwersytecie Warszawskim. W semestrze letnim kurs ukończyło 15 studentów. Uczący się ginącego języka przygotowują właśnie spektakl "Łysa śpiewaczka" Eugene`a Ionesco – oczywiście po wilamowsku. Dzieci też chcą się uczyć języka swoich dziadów. Ale możliwości – mimo grantów - są ograniczone. Chętnych - ponad setka, a uczestników zajęć – trzydziestka. Również mieszkańców spoza Wilamowic. Prestiż języka wzrósł jeszcze, kiedy przetłumaczono na wilamowski "Hobbita" J.R.R. Tolkiena i wystawiono w warszawskim Teatrze Polskim. Wilamowianie zabiegają o nadanie językowi statusu regionalnego. Ma go tylko kaszubski. Niestety, polskie władze nie chcą go za taki uznać.

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ