reklama

Na innych łamach

"Newsweek" nr 12

"Trzeba Polaków straszyć" – właśnie zmienił zdanie Ludwik Dorn, były marszałek Sejmu i były wiceprezes PiS, z którym rozmawiała Renata Grochal.

Jeszcze niedawno mówił, że nie ma się co bać PiS –u, dziś widzi, że sukcesywnie rozmontowywanej polskiej polityki zagranicznej można już nie naprawić. Grożą nam peryferie Unii Europejskiej. A że Polacy mają strach w kościach – wystarczy prześledzić historię - opozycja powinna powiedzieć tak: "chcemy być w Europie, a jednocześnie PiS nam mówi, że Komisja Europejska, Parlament Europejski, Rada Europejska, Tusk, Niemcy, Francja są czynnikami rozbijania Unii, tymi, którzy chcą Polskę wyzyskiwać. Ta partia to są szaleńcy, którzy ładują nas w konflikt ze wszystkimi. To nie jest koncepcja polityki piastowskiej czy jagiellońskiej. To jest koncepcja: im więcej wrogów, tym większa chwała. Trzeba pytać PiS: czy chcecie Polaków przerobić na żołnierzy wyklętych? Z jaką perspektywą? Trzeba się odwołać do konkretnych strachów – o miejsca pracy. PiS zrobiło wszystko, żeby nie siedzieć w Wersalu, bo nikt nas przecież stamtąd nie wyrzucał. Ale rozpoczęliśmy konflikt o Trybunał Konstytucyjny, idiotycznie, szkodliwie, bez sensu rozegraliśmy kwestię uchodźców. Czemu rząd nie zgodził się przyjąć 500 uchodźców? Bylibyśmy prymusem Europy!" Ponieważ rząd przyjął kurs na samoizolację, opozycja musi mobilizować społeczeństwo do optowania za pozostaniem w UE, bo sytuacja jest naprawdę niedobra z punktu widzenia portfeli, miejsc nauki i miejsc pracy Polaków. Przecież bunt Anglików, Niemców czy Holendrów bierze się z niechęci do nas, bo jest nas w ich krajach najwięcej. W izolacji nie uda się nam tego wszystkiego, co otrzymaliśmy dzięki wejściu do UE, utrzymać. "Proszę zauważyć, że my mamy uchwałę Sejmu o tym, że Unia zagraża suwerenności Polski i że trzeba tej suwerenności bronić. /.../ Będzie mówienie, że to PiS jest Europą, a rozbijają ją ci, którzy popierają Tuska /.../. Tym nurtem pójdzie cała, nie mająca sobie równych w dziejach III RP, machina zbiorowego ogłupiania, którą zainstalowało PiS, czyli publiczne media, obrośnięte "Gazetą Polską i wSieci". Że idzie na nas nawała i walec, a chorążym tego antypolskiego i antyeuropejskiego koncertu mocarstw jest Tusk. Po to był ten numer z Saryusz – Wolskim." Nie chodziło wcale o logikę zdarzeń, lecz o emocje. "Jeżeli opozycja nie weźmie się do roboty i będzie tylko mówić, że PiS jest antyeuropejskie, nie pasuje do salonu, a my pasujemy, to PiS może wygrać kolejne wybory i następne."

"Przegląd" nr 9

Polska przeszła przez kryzys nie tylko suchą stopą, ale także z pustą głową – nie ma wątpliwości Krzysztof Blusz, analityk spraw międzynarodowych, rozmówca Roberta Walenciaka, autora wywiadu "Europa w czasach niepewności".

Część Polaków uważa bowiem, że dekompozycja Unii Europejskiej jest przesądzona i należy się z tym pogodzić. Tyle że Europa nadal będzie istnieć, tak jak i europejska polityka. "Pytanie tylko, czy tę politykę będziemy realizować jako wieloletnią współpracę, czy wrócimy do układania współpracy dwustronnej, do koncertu mocarstw. Do modelu, który znamy z historii i którego skutków wielokrotnie doświadczaliśmy w sposób aż nadto nieprzyjemny. "A przecież znajdując się w takim miejscu jak Polska, trzeba być kimś... Tymczasem wybraliśmy rozwiązanie prowadzące do odbudowy narodowych fobii. Ba, oczekujemy od Unii, podobnie zresztą jak obywatele niektórych innych państw, rozwiązywania problemów, do których nie została utworzona. Żeby np. gwarantowała pracę i wynagrodzenie! Nie ma jednak mechanizmów, żeby można było organizować politykę publiczną na poziomie całej Europy. Nikt nie zgodzi się, żeby był wspólny podatek europejski. Polska na razie przyjęła pozycję wyczekującą. Bo może po wyborach w Niemczech i we Francji dojdą do głosu jakieś inne koncepcje. To tyle jeśli chodzi o polski rząd; oczekiwania społeczne są nieco inne. Przede wszystkim zadziwia stopień poparcia Polaków dla członkostwa w UE. "Bo przecież jak się popatrzy na poparcie dla określonych elementów czy określonych polityk w Unii, jest ono bardzo niskie. W naszym społeczeństwie są bardzo duże grupy, które nie podzielają wartości stanowiących przestrzeń aksjologiczną starej Europy. Wieloetniczność, wielokulturowość? 70 proc. Polaków mówi nie. Nie chcemy, by ktoś obcy był naszym sąsiadem. Ukraińców traktujemy lepiej, bo są przezroczyści na ulicy. A jak myślimy o sprawach obyczajowych – gender, kontrola narodzin, pary homoseksualne? Mamy cały obszar spraw, których w Polsce nie dotykamy, nie widzimy. Dlatego bardzo ciekawe, jakich wyborów Polacy dokonają w 2019 r. Jeżeli wybiorą taką wizję nowoczesności, jaką promuje partia rządząca, będzie to oznaczało bardzo poważną decyzję o ograniczeniu zbliżenia z Europą Zachodnią."

"Polityka" nr 11

Dan Ariely, profesor ekonomii behawioralnej wyjaśnia Jackowi Żakowskiemu w wywiadzie zatytułowanym "W pułapce kłamstwa", dlaczego politycy kłamią, a ludzie im wierzą. Przy tym kłamstwa są zaraźliwe i jeszcze jedne kłamstwa powodują inne.

Oszuści składają swoją uczciwość na ołtarzu wyższych wartości. Kłamstwa racjonalizują. "Nikt nie powie: kłamię dla kariery. Albo: oszukuję was, bo chcę wami rządzić. Każdy myśli i mówi: kłamię, by ratować mój naród. Albo dla jakiejś innej wartości. I z tego samego powodu wyborcy te kłamstwa wybaczają." Takie właśnie patriotyczne oszustwa mogą liczyć na wyrozumiałość. Ba, ludzie stają się wtedy bardziej idealistyczni. Słabnie cyniczny materializm sprowadzający wszystko do indywidualnych małych interesów. Paradoksalnie, idealiści to naturalni oszuści i kłamcy. Idealizm bowiem oznacza niezgodę na kompromis w sprawie kluczowych wartości. "Bo uznaje, że jakaś idea jest dużo ważniejsza niż inne. Można dla takiej hegemonicznej idei poświęcić swoje życie, a można swoją uczciwość. /.../ Idealista myśli: moja moralna katastrofa jest lepsza od katastrofy ludzkości, kraju lub rodziny." A że świat staje się coraz bardziej złożony, moralnie bezkarna nieprawda przestała być "boskim wyjątkiem". Stała się codziennością. Epidemiczne kłamstwo zaraża już nie tylko kolejne osoby, lecz kolejne sfery życia. Wpadki nie mają znaczenia. Nic za nie grozi. Przecież większość kłamstw polityków momentalnie wychodzi na jaw. I co? I nic. Prorocze okazało się polskie powiedzenie: "Jeżeli to co mówię, jest niezgodne z faktami – tym gorzej dla faktów." Nie da się już wszystkich naraz przekonać do uczciwości i rezygnacji z kłamstwa. "Każdy będzie pytał – dlaczego akurat ja mam zacząć być uczciwy? I dlaczego akurat dziś? Może jutro. I niech oni pierwsi przestaną oszukiwać." Jedynym, któremu udało się odwrócić moralną równię pochyłą, jest były burmistrz Bogoty, Antanas Mockus. "Potrafił przekonać ludzi, że respektując reguły, wygrywamy wszyscy, a kiedy je łamiemy, na dłuższą metę wszyscy przegrywamy. W dłuższym czasie przegrywają też ci, którzy kłamią, by odnosić doraźne zwycięstwa."

"Do Rzeczy" nr 7

"Potrzeba zachęt do oszczędzania" – zwraca uwagę Edycie Hołdyńskiej Cezary Stypułkowki, prezes mBanku. Rodzące się bowiem dzisiaj pokolenia w krajach rozwiniętych będą żyć ok. 100 lat. To oznacza, że wkrótce ludziom przyjdzie pracować do 70 – 80. roku życia.

W tej sytuacji nie ma innej możliwości, jak odkładanie na przyszłą emeryturę, by w ostatnich latach życia mieć z czego się utrzymać. Ponieważ nie ma innego wyboru, prawdopodobnie oszczędzanie zostanie wymuszone. Inaczej czeka nas krach systemów emerytalnych. "Polacy nie mają naturalnej skłonności do oszczędzania. Mamy postpeerelowskie doświadczenie, gdy system emerytalny funkcjonował biednie, ale stosunkowo dobrze. Ludzie żyli znacznie krócej, było o wiele mniej świadczeniobiorców, mieliśmy ciągły napływ nowych pokoleń aktywnych zawodowo zdolnych sfinansować rosnące zobowiązania. Dzisiaj mamy rosnący problem – coraz mniej młodych aktywnych zawodowo będzie pracować na coraz większą populację emerytów." Niezbędne zatem są zmiany w sferze systemowo – ekonomicznej. Niestety, przekraczające nasze dotychczasowe doświadczenia. Stąd konieczność wymuszonego oszczędzania. Najrozsądniejsze rozwiązanie to nacisk na pracodawców, by stworzyli jeszcze jeden filar. "Kiedy pracowałem w JP Morgan działał system, w którym pracodawca wpłacał 10 proc. mojego wynagrodzenia na specjalny fundusz pracowniczy. Jeśli dopłaciłem ze swoich pieniędzy jeszcze 5 proc., to oni dopłacali kolejne 5 proc. Dzięki temu 20 proc. mojego bazowego wynagrodzenia trafiało do funduszu emerytalnego." Tyle że w Polsce mamy duży poziom nieufności do długoterminowych inwestycji. "Czynnikami, z powodu których ludzie nie oszczędzają, są konsumpcjonizm i moda na życie "tu i teraz". Także optyka polityków jest stosunkowo krótka i ogranicza się do cyklu wyborczego". Trzeba pochwalić wicepremiera Mateusza Morawieckiego, że mówi o konieczności odbudowy polskiego kapitału i rozwoju oszczędności. Na pewno porażką było rozmontowanie OFE. Zwłaszcza zaś brak dostatecznej determinacji w przeszłości do zbudowania powszechności III filaru - uważa C. Stypułkowski.

"Nie" nr 9

Andrzej Rozenek opisuje "Szachownicę czerwoną ze wstydu". Mocno ubolewa, że do tej pory Polska nie ma samolotów do przewożenia najważniejszych osób w państwie. Obciąża za to wszystkie ekipy rządowe, począwszy od gabinetu Leszka Millera.

Najbliżej zakupu maszyn byliśmy w 2007 r., za rządów PiS – Samoobrona - Liga Polskich Rodzin. Tuż przed wyborami ówczesny minister obrony narodowej przygotował wzorcowy przetarg, który w spadku otrzymała następna władza. PO – PSL wyrzuciły jednak materiały do kosza. Postawiono na zupełnie inne działania. Jakie były tego konsekwencje, wiadomo aż nadto dobrze. Tu autor kieruje pytanie do prokuratorów: dlaczego, wbrew opiniom ekspertów, chciano kupić embraery i czemu szkolono pilotów przed rozstrzygnięciem nowych procedur przetargowych? Jednocześnie remontowano będące na stanie tupolewy. Choć pilotów na ten typ samolotu nie szkolono. I tak 10 kwietnia 2010 r. taki właśnie samolot roztrzaskał się pod Smoleńskiem. Wtedy to, korzystając z pretekstu, i powołując się na nagłą potrzebę, pominięto procedury przetargowe i wydzierżawiono dwie brazylijskie maszty z LOT-u. "Cała akcja była koronkową operacją. Najpierw skarb państwa dofinansował Eurolot kwotą 200 mln zł – aby spółka córka LOT mogła kupić embraery. Następnie za blisko 200 mln zł rząd wynajął 2 brazylijskie samoloty na cztery lata. W sumie państwo wydało na całą operację znacznie więcej, niż kosztowałyby 2 najlepsze na świecie nowe samoloty." Tych nie udało się jednak zakupić. Jako że umowa dzierżawy wygasała w 2017 r., embraery dostosowano do potrzeb, jakie miały spełniać. Stąd owe salonki z łącznością satelitarną, o czym przypomniały media. Ale już w 2014 r. rozpoczęto kolejne prace przetargowe. Ponoć obecna władza otrzymała kompletne dokumenty. Tyle że i one... powędrowały do kosza. Tak to wygląda ...

"Duży Format" nr 8

"Mam spuszczać głowę przed ptysiem?" – oburza się w wywiadzie Jacka Harłukowicza Michał Bardoń, chorąży w stanie spoczynku. To on nazwał Bartłomieja Misiewicza "ptysiem", co w Internecie zrobiło prawdziwą furorę.

Zabolał go złoty medal dla obronności kraju, za zasługi, których odznaczony młody urzędnik MON nawet nie potrafił wymienić. Sam na swój brązowy ponad 200 razy w Iraku nadstawiał karku. Zastanawia go szeroki odpływ fachowców z polskiego wojska. I styl, w jakim się to odbywa. "Przecież wszyscy dookoła widzą, że awanse w wojsku idą dzisiaj w tempie turbo. Dziś na stanowiskach widać ludzi znikąd. Awans nie zależy od zasług żołnierza, tylko od kaprysu jego przełożonych, często cywilów. W uzasadnieniu zaznacza się, że to "ze względu na potrzeby sił zbrojnych". No rzeczywiście, jak generałowie odchodzą, to jest potrzeba. Tylko czy ci następcy są choćby w małym stopniu równie doświadczeni i kompetentni jak ci, którzy odchodzą? No ja mam wątpliwości. Ktoś może być świetnym dowódcą kompanii, ale już beznadziejnym dowódcą batalionu. /.../ Lech Kaczyński i minister Szczygło słuchali żołnierzy. I choć zdarzały się napięcia, to szacunek był. Bo rozmawiali z nami. A dziś? Prezydenta, który jest formalnie zwierzchnikiem sił zbrojnych, nie ma w ogóle. A na czele resortu stoi człowiek, który wszystko, co było przed nim, gorącym żelazem chce wypalać. I buduje sobie własne wojsko, złożone z chłopców biegających w niedzielę po lesie z karabinami na kulki. /.../ Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że z rosyjskim specnazem miałby konkurować ktoś, kto szkolił się w wolne soboty i niedziele. No, chyba że zakładamy, że specnaz też nas będzie atakował tylko w weekendy."

"Gazeta Wyborcza" nr 46

"Czy w Polsce starość jest trudniejsza?" – zastanawia się Anita Karwowska. W międzynarodowym badaniu jakości życia starszych osób Polska zajęła 32. miejsce na 96 krajów ujętych w rankingu.

Wyprzedza nas 16 państw unijnych. Również startujące z podobnego pułapu, jak my, Czechy i Słowenia. Badacze porównywali stan zdrowia osób po sześćdziesiątce, samopoczucie, wsparcie rodziny, mobilność, dostęp do wiedzy i zawodową aktywność. W przypadku Polski najgorzej jest z aktywnością społeczną i zawodową seniorów. Kraje, w których jest pod tym względem lepiej, włączają starszych w życie lokalnych społeczności. U nas 40 proc. dojrzałych wiekiem Polaków nie ma przyjaciół. Przybywa osób żyjących osobno. "Według GUS w 2030 r. ponad 2,7 mln osób w wieku ponad 65 lat będzie mieszkać w pojedynkę." Światowa Organizacja Zdrowia wskazuje obszary, które powinny być dostosowane do potrzeb dojrzałych ludzi. To m.in. wspólne przestrzenie, miejsca do rekreacji, przystępny transport i służba zdrowia. Ważne, żeby seniorzy mieli wpływ na rozwój miast. Niektóre polskie samorządy konsultują politykę senioralną z samymi zainteresowanymi. "Jeśli dzisiaj prężnie nie zajmiemy się seniorami, to za chwilę, starzejąc się, będziemy mieć o to żal do siebie" - mówią samorządowcy. Stąd przejawy dbałości o architekturę spełniającą oczekiwania emerytów. Koncepcje osiedli wyłącznie dla seniorów przegrywają z perspektywą integrowania pokoleń. Autorka podaje przykład wtopionego w dzielnicę komercyjnego bloku na Śląsku, z wspomaganymi mieszkaniami; o każdej porze można tam wezwać pielęgniarkę. I takich pośrednich form mieszkaniowych powinno w Polsce przybywać. Przy wsparciu państwa albo samorządów.

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ